Udostępnij

Zestresowany strażnik, czyli dzieci w galerii

Dodano: 2011-08-12

Przeczytałam ostatnio o wyjątkowo zgubnym wpływie kultury niskiej na nasze życie wewnętrzne oraz o potrzebie edukacji kulturalnej od najmłodszych lat. Prędko uświadomiłam sobie olbrzymie zaniedbania rodzicielskie w tej kwestii: przypomniałam kiepskie kreskówki serwowane dzieciom, ucieczkę z teatru pod gołym niebem (padał deszcz, ale to mnie nie usprawiedliwia) oraz wszystkie kiczowate zabawki, jakie wyłudziły ode mnie dzieci.

 

Trzeba to zmienić!

 

Traf chciał, że od tygodni wybierałam się do Sopotu na wystawę prac francuskiego surrealisty Georges'a Braque'a. A że placówki wychowawcze moich dzieci miały akurat przerwę, więc pewnego pięknego poranka podjęłam decyzję.

 

- Wy pójdziecie ze mną do galerii, a ja pójdę z wami na lody - ogłosiłam. - Umowa stoi? - zapytałam, bo umowy w naszym domu są święte. A przynajmniej te, których mają dotrzymywać rodzice.

 

- Stoi! - wykrzyknęły dzieci i pojechaliśmy.

 

Sopot jak to Sopot, w sezonie unikam jak ognia, bo nigdy nie byłam dobra w przepychaniu się w tłumie, ale tuż po wejściu do Państwowej Galerii Sztuki ogarnął nas miły spokój. Bez problemu kupiłam bilety (dzieci weszły za darmo) i zarejestrowałam liczne uśmiechy. Poczułam się nieswojo: czy tylko mi się wydawało, czy też oprócz sympatii wyrażały także współczucie?

 

Weszliśmy.

 

Nie, nie miałam złudzeń, że przejdę się w spokoju, przypatrując się detalom i wracając do prac, które szczególnie mnie zainteresowały. Nie miałam nawet nadziei na przeczytanie wszystkich tabliczek, niemniej tempo zwiedzania moich dzieci było zaskakująco szybkie. Niczym licznie występujące w pracach Braque'a ptaki, przefrunęliśmy obok kolejnych eksponatów i tylko biżuteria zainteresowała poważniej córkę, która jak sroka wypatruje wszystkich błyskotek.

 

Powzięłam jeszcze jedną próbę zainteresowania potomstwa.

 

- Zobaczcie, to jest mozaika - powiedziałam, wskazując rzeczony obiekt na ścianie.

 

- Ja też robiłem mozaikę - oświadczył natychmiast Szymon. - W przedszkolu. Moja była mniejsza, ale ładniejsza - dodał jeszcze, okazując kompletny brak respektu dla twórcy światowej sławy.

 

Po czym musiałam zdjąć córkę z postumentu największej rzeźby.

 

Najbardziej było mi szkoda strażnika, który czujnie chodził za nami krok w krok. Na jego miejscu byłabym pewnie jeszcze bliżej. Też bym nam nie ufała ani za grosz.

 

I gdy już szczęśliwie dotarliśmy do cukierni, a moje dzieci elegancko zasiadły przy stoliku i (w miarę) cierpliwie oczekiwały na zamówienie, pomyślałam sobie, że tak jak według niektórych nawet wyjście na kawę jest marnotrawstwem pieniędzy, tak jeszcze więcej ludzi uważa odwiedzanie wystaw za stratę i pieniędzy, i czasu. Chciałabym nauczyć moje dzieci, że wcale tak nie jest.

 

„Metamorfozy" Braque'a z całą pewnością warto zobaczyć. Na pewno wygodniej byłoby mi iść tam bez dzieci, ale też cały czas wierzę, że nawet w przelocie zdołały jednak coś zobaczyć i zapamiętać.

 

Nigdy nie wiadomo, jak owa wizyta zaprocentuje w przyszłości. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę...

 

Anna Lewandowska

pstryku-pstryk.blogspot.com
www.dwiechochelki.pl

drukuj powrót
poleć artykuł

Opinie

Liczba komentarzy: 1 Dodaj swój komentarz

Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.

Edyta Sudoł, specjalista PR

Kamyki Astona