Rok temu przeprowadziłam się z dużego miasta do całkiem małego, oddalonego od tego pierwszego o 20 km. Po początkowych zachwytach nad tym, że wszystko jest tu takie „kompaktowe" i że wiele spraw mogę załatwić podczas jednego spaceru, bez konieczności korzystania z transportu (nie wspominając o staniu w korkach!), przyszedł czas na rozczarowania.
Zaczęło się od tego, że drugie dziecko postanowiłam urodzić w domu. Bez problemu znalazłam położną, która zgodziła się do małego miasta przyjechać. Poród też odbył się bez komplikacji. Problemy zaczęły się, gdy mąż poszedł do urzędu zarejestrować dziecko. Panie urzędniczki patrzyły na niego, jak na przybysza z innej planety: „Dlaczego pan do nas przyszedł? To szpital zawsze zawiadamia, etc." Zupełnie nie mogły sobie poradzić z problemem, który im stworzyliśmy. W dokumencie jak byk stało miejsce urodzenia, ale panie, widząc pieczątkę położnej z nazwą innego miasta, nie mogły pojąć: „To gdzie się córka urodziła: tu czy tam?"
Po pewnym czasie udaliśmy się do najbliższej przychodni, żeby zarejestrować dziecko. Gdy tylko okazało się, że nie było jeszcze szczepione, natychmiast wybuchła panika i oburzenie. Zaczęto mnie straszyć Sanepidem, sądami, śmiercią córki i Bóg wie czym jeszcze. A ja po prostu, znając różne opinie na temat szczepień, chciałam je przesunąć w czasie. Sobie dać czas do namysłu, a dziecku - na wzmocnienie organizmu, by było bardziej przygotowane na przyjęcie takiej bomby bakteryjnej. Najbardziej bolało mnie to, że nikt nie przeprowadził ze mną rzetelnej rozmowy i nie przedstawił argumentów za i przeciw. Odniosłam wrażenie, że o skutkach ubocznych szczepień albo się nie mówi, albo po prostu nikt ich nie zna. A ja jako matka mam prawo wątpić, prawda?
Gdy pogoda dopisała i wiek córy również, wybrałam się z nią na spacer w chuście. Chusty, bardzo ostatnio popularyzowane, stały się w cywilizowanym świecie już niemalże powszechne i nikogo nie dziwią. Ale nie w tym małym mieście. Wciąż napotykałam na potępiające spojrzenia przechodniów, jakbym chciała dziecku zrobić krzywdę, a raz usłyszałam dość ironiczny komentarz: „Podobno teraz jest taka moda".
Zarówno pierwsze, jak i drugie dziecko chowane jest w pieluchach tetrowych. Nie widzę problemu w ich praniu i suszeniu, a przynajmniej mam czyste sumienie, że po moich dzieciach nie zostaną dwie tony śmieci (jedno dziecko zużywa około tony pieluszek jednorazowych, z czego nie każdy zdaje sobie sprawę, a biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce rodzi się rocznie około 400 tysięcy dzieci, łatwo przeliczyć, choć trudno sobie wyobrazić tak ogromną ilość), które będą się rozkładały przez 500 lat i zanieczyszczą środowisko jeszcze kilkunastu pokoleniom. Moja sąsiadka nie może pojąć, dlaczego tak sobie utrudniam życie. Z rozbrajającą szczerością stwierdziła: „Ale przecież chodzi o wygodę..." Ciekawie, czy jej potomkowie też to stwierdzą, gdy krajobraz będzie wyglądał jak w filmie „WALL-E", a dla ludzi nie starczy już miejsca na Ziemi.
Przyszedł wrzesień, a wraz z nim czas, by starszy syn po raz pierwszy w życiu zetknął się z placówką edukacyjną. Po zapoznaniu się z menu uznałam, że jest katastrofalne. Słodycze, mięso marnej jakości, białe pieczywo, nabiał... Wszystko to, czego w diecie małego dziecka powinno się unikać. Zaproponowałam, że będę sama przynosiła jedzenie. Okazało się, że nie ma takiej możliwości, choć na spotkaniu organizacyjnym w czerwcu zapewniano mnie, że nie będzie z tym problemu. Po pewnym czasie przełknęłam gorzki żal i postanowiłam udawać, że nic takiego się nie dzieje, bo najważniejsze jest to, że syn żłobek zaakceptował i dobrze się w nim czuje. Jedyne, co udało mi się zrobić, to dostać od lekarza zaświadczenie z informacją, by nie podawać dziecku deserów mlecznych. Gdy opowiedziałam lekarce, czym się karmi dwulatki w żłobku, była przerażona. A zarząd żłobka szczyci się tym, iż zatrudnia dietetyczkę. Gdy się u niej pojawiłam z zaświadczeniem , nie okazała zdziwienia, była uprzejma i powiedziała, że syn zamiast słodkich deserów będzie dostawał owoce. Do tej pory nie wiem, czy ktoś tego przestrzega, bo boję się zapytać... Żłobek jest jeden i wyboru nie mam.
Postanowiłam zapisać synka do biblioteki. Kiedyś do niej weszłam i zapytałam, czy są książki takich wydawnictw jak Zakamarki, Hokus-Pokus, Czerwony Konik etc. (czytelnikom Qlturki doskonale znane). Panu (tak, tak, kierownikiem działu dziecięcego miejscowej biblioteki jest mężczyzna) aż zabłysły oczy i powiedział, że jestem pierwszą osobą, która o to pyta... Tutaj poczułam się wreszcie zrozumiana, ale już po chwili posmutniałam, bo okazało się, znów jestem w tym sama. A ścieżkę przez dżunglę tym razem toruje bibliotekarz, choć narzeka, że już nie ma siły zbawiać ludzi.
Mieszkamy w nowym bloku. Co pewien czas jakaś firma usiłuje nas przekonać do swoich usług w zakresie telewizji kablowej. Z przyjemnością odpowiadam różnym panom, że mnie to nie interesuje, bo nie mamy telewizora - głównie ze względu na dzieci. Wolę spędzać czas patrząc w ich roześmiane twarze niż w szklany ekran. Oczywiście za każdym razem pojawia się zdziwienie i stwierdzenie: „Pierwszy raz się z tym spotykam".
I tak sobie żyjemy, wciąż zaskakiwani reakcjami na nasz styl życia, który dla nas oczywisty. Zupełnie nie spodziewałam się, że przeprowadzając się do małego miasta, stanę się pionierem w tak wielu dziedzinach. Co nie zmienia faktu, że dobrze mi się tu mieszka i wyprowadzać się nie zamierzam. Tak wiele jeszcze mam tu do zrobienia. Wszak dzieci czeka przedszkole i szkoła, a wraz z nimi nowe wyzwania.
Agata Hołubowska*, Gryfino
*Agata Hołubowska (ur.1981) - z wykształcenia teatrolog i etnolog, z zamiłowania podróżniczka i fotograf-amator, a z potrzeby mama i zagorzała czytelniczka dziecięcych książek.
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |
Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.
Edyta Sudoł, specjalista PR