Kiedy byłam jeszcze całkiem mała, czyli w czasach gdy ćwiczyłam małą motorykę tnąc nożyczkami poduszki oraz własne włosy, a nauka jazdy na rowerze pozostawiła pamiątkę w postaci ziarenek czarnego żwiru w prawym kolanie - w mojej wsi spaliła się szkoła.
Zdarzenie było znamienne w skutkach, bowiem w tego powodu trzy pierwsze lata szkoły podstawowej spędziłam ucząc się w malutkich klasach w prywatnych budynkach, przy czym zajęcia drugiej i trzeciej klasy odbywały się jednocześnie w tym samym pomieszczeniu.
Tak naprawdę wcale mi to nie przeszkadzało. Jak wygląda prawdziwa szkoła miałam przekonać się dopiero w czwartej klasie, ale był jeden bardzo poważny minus - biblioteka.
Cała zawartość szkolnej wypożyczalni mieściła się na dwóch czy trzech niewielkich półkach i przeczytanie tego mizernego zbioru nie zajęło mi dużo czasu.
Do miasta miałam wystarczająco daleko, by tam nie jeździć, w domu wszystko przeczytałam wielokrotnie ze szczególnym uwzględnieniem uroczej opowieści „Niezwykłe lecz prawdziwe przygody kapitana Korkorana" (od tamtej pory już nigdy nie opuściło mnie marzenie o własnym tygrysie) oraz zbioru baśni „Najcudniejsza piękność".
Nastał czas posuchy.
I nagle pojawiło się wybawienie w postaci autobusu. Jakieś sprzyjające zrządzenie losu sprawiło, że właśnie wtedy ktoś wpadł na pomysł uruchomienia w mojej okolicy biblioteki na kółkach.
Bibliobus parkował tuż obok mojego domu. Wystarczyło wyjść przez furtkę, otworzyć ciężkie drzwi i po wdrapaniu się na kilka schodków, człowiek wkraczał do raju. Niezliczone półki wypełniał ogrom kolorowych książek, które można było przeglądać do woli. Było wszystko, o czym tylko mogłam zamarzyć. To tam znalazłam „Niekończącą się opowieść", poznałam zagadki legendarnego Hodży Nasreddina, czatowałam na kolejne tomy o Mary Poppins czy książki Astrid Lindgren.
Potem miasto wchłonęło wieś, a ja należałam już do trzech bibliotek i nie miałam problemów z dostępem do lektury. Bibliobus przestał przyjeżdżać.
Czasu na czytanie mam teraz znacznie mniej niż kiedyś, ale przyzwyczajenie do wypożyczania książek zostało mi do dziś. Co prawda cierpię na zakupoholizm książkowy, z którego to nałogu nie zamierzam się leczyć, ale co pewien czas przychodzi opamiętanie (oraz rachunki) i wtedy otwieram drzwi osiedlowej biblioteki. Wsiąkam tam na co najmniej pół godziny i po długich deliberacjach oraz stopniowym odrzucaniu pozycji, których tym razem nie wezmę (ograniczenie do trzech sztuk jest bardzo bolesne), wychodzę z łupem.
W ostatni weekend wreszcie zabrałam ze sobą dzieci. Wyszliśmy zachwyceni z nowym tomem „Pana Kuleczki", przepiękną opowieścią „Mój przyjaciel Szymon" oraz książką z księżniczką na różowym tle na okładce (córka) i poradnikiem szachowym dla dzieci (syn).
Może im też wejdzie to w nałóg.
Anna Lewandowska
www.dwiechochelki.pl
ruda farbowana.blox.pl
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |
Cieszy mnie, że istnieje portal traktujący dzieci na tyle poważnie, żeby proponować im prawdziwą kulturę na wysokim poziomie. Qlturka.pl kreuje kulturalny smak najmłodszych, jednocześnie szanując ich wrażliwość.
Martyna Samecka, mama Fruzi, ilustratorka-amatorka