Najpierw motto. Oto cytat z przysięgi Hipokratesa: „Cokolwiek bym podczas leczenia, czy poza nim, z życia ludzkiego ujrzał, czy usłyszał, czego nie należy na zewnątrz rozgłaszać, będę milczał, zachowując to w tajemnicy."
Teraz litera prawa: zgodnie z artykułem 40., ustępem 1. ustawy z dnia 5 grudnia 1996 o zawodzie lekarza, obowiązek zachowania tajemnicy lekarskiej obejmuje informacje związane z pacjentem, a uzyskane w związku z wykonywaniem zawodu.
I wreszcie praktyka: wygląda na to, że powyższe zasady i przepisy nie dotyczą dziesięcioletniej Kariny. Odkąd Karina się odnalazła (po sześciodniowej tułaczce w lesie), media szczegółowo relacjonują przebieg jej leczenia. Wiemy więc, że Karina ma odmrożone stopy, że jest w szoku, ba, wiemy nawet, na jakie wrodzone schorzenia cierpi. Towarzyszymy Karinie przy łóżku w szpitalu, w komorze hiperbarycznej, w helikopterze. Widzimy jej cierpiącą buzię, widzimy jej stopy, wiemy dokładnie, która część tych stóp została amputowana, a która będzie amputowana wkrótce, znamy też plany lekarzy dotyczące terapii i możliwych przeszczepów.
Wszystko to są informacje, których my - widzowie, czytelnicy, ludzie postronni - nie powinniśmy znać. Jeśli mimo wszystko je znamy, to znaczy, że ktoś - KTO? - uznał, iż Karina nie zasługuje na ochronę prywatności, że jej życie i zdrowie są własnością publiczną. Nie przypominam sobie, aby media równie szczegółowo relacjonowały przebieg leczenia osób dorosłych. Nie ma się zresztą co dziwić. Osoby dorosłe potrafią walczyć o swoją prywatność i godność, a dziecko nie. Sprawę ułatwia fakt, że rodzice Kariny nie wyróżniają się szczególną wrażliwością czy bystrością, więc do sądu nikogo nie pozwą.
A my, inni dorośli?
Gdyby Karina nie była poniewieraną małą dziewczynką, tylko - dajmy na to - poniewieranym krzyżem, pewnie szybciej znalazłaby oddanych obrońców. Może nawet w sprawę zaangażowałby się jakiś poseł lub prezes? Tymczasem Karina jest wystawiona na pastwę mediów. Codzienne relacje ze szpitala nie służą przecież jej dobru, chodzi wyłącznie o oglądalność (co jest truizmem tak wielkim, że aż wstydzę się to pisać).
Rafał Witek
(27.10.2010)
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |
Dzieci są jedynymi uczestnikami kultury, którym kontakt ze złą sztuką może wyrządzić krzywdę. Ogromnie cenię Qlturkę za to, że pokazuje, co w sztuce dla najmłodszych dobre, ciekawe i warte uwagi. Nie wyobrażam sobie już sieci bez tego miejsca.
Alicja Morawska Rubczak, badacz i krytyk teatru dla dzieci, kuratorka małych Warszawskich Spotkań Teatralnych