Jako osoba mająca szeroki przegląd stron internetowych dla dzieci, mogę pokusić się o uogólnienie, że jedne z najlepszych stron należą do dużych koncernów. Niestety, aby stworzyć dobrą stronę, utrzymać ją i administrować - a tym samym podrzucać nowe funkcjonalności, gadżety, nagrody w konkursach, potrzebne są pieniądze. Ale czy na pewno te strony są takie dobre? Szczególnie strony produktowe, które towarzyszą naszym dzieciom podczas zabawy?
Czy posadzilibyśmy nasze dziecko przed telewizorem i włączyli mu blok reklamowy na godzinę, najlepiej jedną reklamę jednego produktu (niech będzie i pół godziny, a to i tak będzie znacznie dłużej, niż trwają przerwy reklamowe pomiędzy programami).
Podczas tego czasu dziecko pozna wszystkie linie smakowe produktu, przywiąże się do marki, utrwali znajomość marki, zbuduje z nią silną więź emocjonalną. A to wszystko za cenę naszego godzinnego spokoju, który potem zamienimy na gotowe do realizacji zamówienie w sklepie. Więc może warto się zastanowić nad głębszym przekazem, jakie niesie za sobą obcowanie ze stroną poniekąd reklamową?
W czasie wizyty na stronie dziecko ma się przekonać o niepowtarzalnych zaletach produktu oraz dobrze się bawić - aby te dobre emocje odtworzyć podczas zakupów czy konsumowania produktu. Biorąc jeszcze pod uwagę bezkrytyczność dzieci, kierowanie się przede wszystkim emocjami, dopiero kształcące się myślenie logiczne oraz słabą umiejętność odróżnienia fantazji od rzeczywistości, mamy wręcz idealnego konsumenta. Co prawda rzadko posiada własne pieniądze, ale to nie jest problem - potrafi wymóc na rodzicach czy opiekunach zasponsorowanie tego bądź owego ze świata reklamy. Odbiorca zostaje niejako zaprogramowany treściami towarzyszącymi produktowi. A my, rodzice, często zdajemy się na opinie naszych dzieci przy wyborze nawet samochodów (sic!).
Oprócz tego, że dziecko obcuje z daną marką - niekoniecznie w sposób nachalny, ponieważ często jest to postać bohatera, będącego łącznikiem pomiędzy produktem a stroną internetową, dla producentów cenne są również pozyskane dane osobowe (w różnej formie). I w ten sposób dziecko narażone jest na kontakt z treściami reklamowymi także wtedy, gdy znajduje się ono poza zasięgiem pierwotnego środka przekazu, jakim jest witryna internetowa. Jest to np. mail wysłany ze strony, wygaszacz ekranu, tapeta, kolorowanka do wydrukowania, która jest przed oczami również w tedy, kiedy wyłączymy komputer. Pozyskane informacje o rodzinie dziecka oraz samym dziecku pozwalają w przyszłości jeszcze lepiej zaprogramować odbiorcę przekaz reklamowy pod.
Niestety strony (również gazety czy inne media), które użyczają przestrzeni reklamodawcom, nie są odpowiednie dla dzieci, gdyż młody odbiorca nie zawsze umie oddzielić komunikat reklamowy od treści reklamowo-obojętnych, obok których jest umieszczony. Rodzicom wydaje się, że jeśli blok sponsorowany jest poprzedzony odpowiednią planszą, jego odbiór będzie inny - niestety nie; jest traktowany równorzędnie, tak jakby twórcy strony przekazywali równocześnie informacje o słodyczach. Znajomy bohater współwystępując z reklamą staje się niejako ambasadorem marki. Nie mówiąc już o zalewaniu wszystkich produktów, których dziecko potrzebuje (bądź wcale nie potrzebuje) nadrukiem podobizny bohatera. Wychodzi on niejako ze swojego pierwszego miejsca przebywania i żyje własnym życiem w tysiącach odsłon.
Lojalność wobec bohatera oraz fascynacja nim przejawia się w chęci posiadania dosłownie wszystkiego z emblematem np. Boba Budowniczego czy innej postaci. A my, rodzice, tylko podsycamy tę specyficzną więź, wybierając akurat TĘ piżamkę, albo akurat TĘ szczoteczkę do zębów.
A więc drodzy rodzice - zastanówmy się, gdzie naprawdę wędruje nasze dziecko. I może niech najpierw przekona nas do siebie produkt sam w sobie, a nie gadżety do niego dodawane.
Warto również wraz z dzieckiem oglądać reklamy, objaśniając, czemu mają służyć. Świetną lekcję pokazową można zorganizować na przykładzie środków czystości - czy aby na pewno akurat kamień w naszej łazience jest taki oporny? I wtedy pojawi się pretekst, by zadać dziecku pytanie, czy aby na pewno te pyszności z reklamy są aż tak pyszne.
Na zakończenie zdjęcie smoka, którego postać zadomowiła się na chwilę w świecie wartościowego skądinąd, moim zdaniem, programu dla dzieci. Nie wymieniam tytułu ani produktu, ani tytułu bajki - niech to będzie zagadka. Jednak sam fakt, że smok ten gościł w programie realizowanym przez telewizję publiczną, napawa przerażeniem. Miejmy nadzieję, że strony internetowe, w odróżnieniu od bajek telewizyjnych, zwłaszcza te, które mają być bezstronne, takimi pozostają. I strzegą się przed reklamami, a przede wszystkim tymi ukrytymi.
Martyna Różycka
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.
Edyta Sudoł, specjalista PR