Święto Zmarłych ma w sobie coś kojącego. Gdy wieczorem idę alejkami rozświetlonego cmentarza, cieszę się, że pamiętamy o tych, którzy odeszli. Może i niektórzy robią to bardziej na pokaz niż z serca, ale przecież zdecydowana większość z nas zapala świeczkę dlatego, że chce, a nie musi.
Można naturalnie przy tej okazji wieść żywe dysputy na temat wyższości trzydziestu wielkich zniczy nad skromnymi trzema na pomniku obok, albo wspominać, jak to kupiony za olbrzymie pieniądze wieniec wcale nie znalazł się na honorowym miejscu.
Ale można też po prostu uśmiechnąć się do dobrych wspomnień. I po raz kolejny poczuć żal i smutek, że Jej lub Jego już nie ma.
Kiedy moja córka była jeszcze zupełnie mała, pojechałyśmy razem na pogrzeb. Nie męczyłam jej całą uroczystością, poszłyśmy tylko na cmentarz. I właśnie wtedy odkryłam, że nie ma na tym świecie nic bardziej krzepiącego niż dzieci. Wśród czerni, powagi, opuszczonych kącików ust i dyskretnie wyjmowanych chusteczek, córka była jak (wybaczcie patos) promyk słońca. W jej uśmiechu i pisku radości kryła się tajemnica tego, co najważniejsze. Była jak wcielony symbol życia.
Bo tylko pięciomiesięczne dziecko może wpaść na pomysł, żeby, korzystając z kilku sekund nieuwagi matki, obeżreć płatki pogrzebowej wiązanki.
Anna Lewandowska
pstryku-pstryk.blogspot.com
www.dwiechochelki.pl
(29.10.2010)
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |
Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.
Edyta Sudoł, specjalista PR