W co się bawić z dziećmi w domu

Dodano: 2010-06-07

Ostatnie dwa tygodnie z ospą przeczołgały mnie tak, jakbym sama była chora. Siedziałam w domu ze stadem młodych tygrysów, które po pierwszym osłabieniu szybko zregenerowało siły i zaczęło domagać się rozrywek. To się rozrywaliśmy, aż echo niosło. Podzielę się z Państwem skarbnicą moich sposobów na zapewnienie atrakcji dziateczkom w podobnej sytuacji życiowej.

 

Na poranny rozruch polecam zabawę w ślimaczki. Przemiła rzecz! Leżymy po kołdrą przykryci z głowami i na hasło „ślimak, ślimak, pokaż rogi" powolutku wysuwamy głowy. Zabawa ma jeden haczyk: któregoś dnia byłam tak śpiąca, że zasnęłam, nim wyliczanka dotarła do sera i nie wiem, co przez jakieś pół godziny robiły moje dzieci, bo obudziłam się dopiero wtedy, gdy obok mojej głowy roztrzaskała się na ścianie konstrukcja z klocków.

 

Później, po dużej kawie można pobawić się w chowanego. Michaś wzorowo stosuje się do reguł: liczy głośno do dziesięciu, anonsuje, że szuka, szuka, zaklepuje i zamienia się rolami. Piotruś inaczej. Piotruś liczy do 46, należy więc znaleźć sobie wygodną kryjówkę i najlepiej zabrać coś do czytania. Szuka, szuka, a kiedy znajdzie, cieszy się tak, że zapomina zaklepać. A potem awanturuje się, bo za każdym razem chce szukać.

 

Po obiedzie w ramach sjesty graliśmy w gry planszowe, np. w chińczyka. Piotrek chce rzucać kostką częściej, niż raz na kolejkę, a do tego oszukuje jak może, żeby tylko wypadła szóstka. Upiera się przy grze kostką, na której nie ma ilości oczek tylko kolory i Mąż musiał sporządzić ściągę z tłumaczeniem kolorów na liczbę oczek. Michał też gra, ale okazjonalnie, przychodzi i odchodzi w dowolnym momencie, interesuje go wyłącznie rzut kostką, a przesuwanie pionka po planszy zostawia mamie albo tacie. Inną ulubioną ostatnio grą planszową są „Trzy słowa". Chodzi się po planszy i zbiera literki, a wygrywa ten, kto pierwszy ułoży z nich trzy słowa: trzy-, cztero- i pięcioliterowe. Trochę zbyt ambitna ta gra jak na możliwości Piotrusia, trzeba mu pomagać w konstruowaniu wyrazów, ale obaj z Michasiem bardzo chętnie zbierają literki. Młody uwielbia ogoniaste, a Młodszy z namaszczeniem deklamuje „A jak abśtynencia... C jak celemonia... F jak fobia..." (wpływ „Arcytrudnego alfabetu" Marty Pokorskiej).

 

Bliżej wieczora bawiliśmy się w sklep albo w lekarza. W lekarzu chodzi wyłącznie o przybijanie pieczątki na receptach, pacjent zostaje zbadany tylko wtedy, kiedy się tego domaga. Na porządku dziennym jest wypisywanie (i podbijanie oczywiście!) recepty bez oglądania pacjenta (co nie jest tak całkiem oderwane od życia, bo w przychodni studenckiej na Armii Krajowej urzędowała pani dermatolog, która wysłuchiwała moich barwnych opowieści o problemach skórnych, uparcie patrząc w blat biurka, po czym nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, zapisywała lekarstwa. Najdziwniejsze, że zawsze działały!) Zabawa w sklep to droga przez mękę, bo traktuję ją bardzo serio: towary mają być ułożone na półce, każdy opatrzony karteczką z ceną, a skoro na stanie jest kasa fiskalna (pożyczona od Marysi przeszło rok temu), to muszą na niej liczyć. Najlepiej idzie im witanie i żegnanie klientów, dodawanie (przynajmniej w wykonaniu Piotrka) też nie najgorzej. Awantury są o to, który będzie kasjerem (chcą obaj jednocześnie) oraz kto trzyma sejf (Piotruś łapie pudełko z banknotami i nie chce się podzielić mamoną, niezbędną klientowi do zawierania transakcji).

 

Uprawialiśmy także twórczość, że tak powiem, artystyczną. Dzieci w ochronnych fartuszkach z Mysią (dwa identyczne z ciucholandu), arkusze papieru formatu A3 (by nie ograniczać geniuszu karteczką z notesu), farby (dwa komplety), pędzle (nie więcej niż dwa, żeby się nie bili) i dwa kubki z wodą. I ściera w pogotowiu, bo najdalej po dziesięciu minutach buro-brudna woda z któregoś kubka rozlewała się szeroką strugą, malowniczo rozpryskując na meblach. Lepiliśmy z ciastoliny, rysowaliśmy kredkami, zagniataliśmy masę solną, budowaliśmy z klocków. Pierwsza osoba liczby mnogiej ma tu kolosalne znaczenie dla powodzenia akcji: kiedy tylko przyszło mi do głowy, że skoro dzieci się tak ładnie bawią, to ja sobie... cokolwiek, dzieci natychmiast porzucały zajęcie, któremu jeszcze pięć sekund temu zdawały się być oddane bez reszty, i szły wycierać brudne rączki w ściany.

 

Na koniec dnia urządzaliśmy biwak i na biwaku jedliśmy kolację. Biwak w warunkach domowych urządza się tak: na dywanie rozkłada się kocyki, kanapki na talerzu wkłada do koszyka, napoje wlewa do butelek, siada się z tym wszystkim na kocykach i dzieciom dopisuje apetyt, jakby naprawdę były na świeżym powietrzu.

 

A potem zasypialiśmy we troje jak jeden mąż, bo kto by nie zasnął po dniu tak pełnym atrakcji. I jakoś daliśmy radę. Czego i Państwu życzę :)

 

Dorota Smoleń

od-rana-do-wieczora.blog.pl
www.dwiechochelki.pl

http://czytam-dzieciom.blogspot.com

 

drukuj powrót
poleć artykuł

Qlturka to skarbnica pomysłów, jak twórczo spędzić czas dzieckiem; sito, które pomaga wybierać co dobre i bezpieczne dla naszych maluchów oraz pigułka wiedzy o mądrych i pięknych książkach.
Nie ma dnia, żebyśmy tu nie zaglądali!

Ula Morga, właściciel pracowni animacji Esy-floresy, mama Mikołaja (4 l.)

Kosmonautka Piotr Wawrzeniuk