Wreszcie odważyliśmy się na dalszą podróż z dziećmi. I choć przerażała mnie wizja długich godzin spędzonych w samochodzie, perspektywa kolejnych wakacji w Piaskach na Mierzei Helskiej już nam się nie uśmiechała. Postanowiliśmy więc kontynuować zwiedzanie krajów skandynawskich, rozpoczęte jeszcze przed pojawieniem się na świecie naszych pociech.
Tym razem wybór padł na Danię - bo kraj mały, łatwo do niego dotrzeć niemieckimi autostradami; przyjazny rowerzystom (na naszym samochodzie dwa rowery, a w przeładowanym bagażniku przyczepka do wożenia dzieci) i... stworzony dla rodzin z dziećmi, jak się już na miejscu okazało.
Pierwszym zaskoczeniem był dla nas wystrój łazienki na kempingu - wanienki do kąpania niemowląt w kształcie foki i indiańskiej łodzi; toalety dla krasnali; umywalki na wysokości rąk dwulatka. Taki prosty pomysł, a tak niesamowicie ułatwiający codzienne czynności.
Kolejne dni przynosiły nowe spostrzeżenia i... mimo że pogoda bardziej jesienna niż letnia - Dania wzbudzała w nas coraz większy zachwyt. Zastanawiając się, w jaki sposób zorganizować zimne, wietrzne i deszczowe dni, przeglądaliśmy stertę folderów pobranych w recepcji kempingu. Nie przesadzając ani trochę - było ich kilkadziesiąt.
Na pierwszy ogień poszedł Skansen Wikingów - wspaniale zrekonstruowana osada z chatami, budynkami gospodarczymi, zagrodami dla zwierząt, warsztatami rzemieślników. Jakby tego było mało, po wiosce przechadzali się prawdziwi Wikingowie płci obojga, a także dzieci - bose, odziane w stroje z epoki. Na dodatek nie tylko się przechadzali, ale też wykonywali codzienne zajęcia, zapraszając do udziału w nich zwiedzających. Piekliśmy więc podpłomyki, zbieraliśmy zioła do farbowania wełny, obserwowaliśmy pracę kowala, wytapiającego żelazo z torfu. Nasze dzieci, choć niestety pewnie ze względu na młody wiek nie będą pamiętać tej wspaniałej przygody, z zachwytem przywdziewały stroje Wikingów, obserwowały pokaz strzelania z łuku, przyglądały się sowie, niechętnie wykonującej polecenia tresera. Jednak nie tylko dzieci były zachwycone, nam też bardzo spodobała się idea pokazywania historii w ten właśnie sposób - nienadęty, dostępny, namacalny. I takich miejsc jest w Danii dużo więcej - Muzeum Łodzi Wikingów w Roskilde, żywy skansen w Aarhus... Mówiąc szczerze, przy nich Legoland (choć też imponujący), blednie.
W Danii wszystkie atrakcje turystyczne skonstruowane są tak, by można było dotknąć, powąchać, spróbować. I wszędzie, bez wyjątku, jest coś ciekawego dla dzieci. A to możliwość wykonania bransoletki z koralików; a to narysowania i zaprezentowania innym zwiedzającym łodzi Wikingów; puszczanie drewnianych dłubanek w wypełnionym wodą basenie; strzelanie z łuku; pieczenie tradycyjnych bułeczek maślanych nad ogniem. Istny raj.
Do tego na każdym kroku spotkać można H. Ch. Andersena - Duńczycy się nim chwalą, i słusznie. Tu pomnik, tam pomnik - a prawdziwe miejsce kultu to Odense - miasto, w którym urodził się i żył pisarz, zlokalizowane w środkowej części wyspy Fionia. Wspaniałe muzeum, zbudowane w oparciu (dosłownie) o dom, gdzie narodzin Andersena - ogromny księgozbiór z tysiącami tomów baśni w najróżniejszych językach świata; przestronne sale wystawowe otaczające malutki, żółty domek z początków XIX wieku; ogród, a w nim scena w kształcie zamku, na której trzy razy dziennie wystawiany jest spektakl muzyczny z udziałem baśniowych bohaterów, z Andersenem w roli śpiewającego narratora - i to niekiedy śpiewającego w trzech językach na raz J Jest też w mieście dom, gdzie pisarz spędził dzieciństwo - mieszkając w jednej malutkiej izbie ze swoim ojcem; jest też potężny, odlany z brązu pomnik sławnego Duńczyka - z lśniącym palcem wskazującym, którego wszyscy chcą dotknąć na szczęście.
Mimo że Dania jest sześciokrotnie mniejsza od Polski (zarówno pod względem powierzchni, jak i liczby ludności), zdaje się być naszpikowana różnego rodzaju atrakcjami - parkami tematycznymi, muzeami, skansenami - otwierającymi podwoje przed turystami, ale także „tubylcami", którzy tłumnie je odwiedzają.
I tak mi się zamarzyło, żeby w Polsce dzieci mogły czuć się równie swobodnie w muzeach i na wystawach. Żeby poznawały historię i kulturę w sposób czynny, by jej doświadczały wszystkimi zmysłami. By przekonać się, czy aby nie znalazłam się wśród tych, do których świetnie pasuje sentencja: „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie", udałam się w internetową podróż po polskich atrakcjach turystycznych.
O wnioskach płynących z tej podróży będę informowała w kolejnych tekstach. Zapraszam do lektury i dzielenia się swoimi doświadczeniami w tej materii.
Ewa Świerżewska
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



"Z Qlturki" - taką odpowiedz słyszę najczęściej, gdy pytam gości, skąd dowiedzieli się o naszej kawiarni.
Malwina Kazimierczak, właścicielka FikuMikuCafé, mama 3-letniej Miki.