List do Świętego Mikołaja moje dzieci planują przynajmniej z półrocznym wyprzedzeniem.
- I napiszemy, mamo, żeby Mikołaj mi przyniósł lizaka i lalkę, i koronę! - wylicza z przejęciem córka.
- A mi klocki Lego - dodaje natychmiast syn.
Potakujemy więc z mężem i mówimy, że tak, że oczywiście, że w grudniu i że wszystko napiszemy.Czasami jednak automatyczne potakiwanie nagle zatrzymuje się w pół gestu.
- A ja bym chciała od Mikołaja dostać taką prawdziwą różdżkę, z której lecą gwiazdki i która czaruje, ale naprawdę! - oświadczyła pewnego pięknego dnia Jagoda, a nam na chwilę odebrało mowę.
- Ale córeczko - zaczęłam ostrożnie. - Jest taki problem... - W panice rozważałam istniejące opcje. Wreszcie uczciwość zwyciężyła - Nie ma prawdziwych czarów. Czary są tylko w bajkach.
- Dlaczego?! - W głosie córki zabrzmiała czarna rozpacz oraz wyraźna pretensja.
- Tak po prostu jest. Kiedy się bawisz, możesz wymyślić wszystko, ale nie ma różdżek, które naprawdę czarują.
- Ale ja chcę! - oświadczyła z mocą córka i to na szczęście zakończyło sprawę. Chwilowo.
Zdałam sobie przy tym sprawę, że jako rodzic jestem kompletnie niekonsekwentna. Opowiadam bajki na temat Mikołaja i Wróżki Zębuszki, kiedy mi wygodnie, a zarazem neguję istnienie prawdziwych czarów. To jak to w końcu jest?
Problem wypłynął ponownie kilka tygodni temu. Synowi zaczął się ruszać pierwszy ząb.
- Mamo, a czy Wróżka Zębuszka naprawdę istnieje? - zapytał pierworodny.
- A ty, jak myślisz? - zastosowałam mój ulubiony unik.
- Myślę, że jej nie ma - odpowiedział z namysłem. - Jak Szymonowi wypadł ząb, to on go rano przyniósł do przedszkola i w takim razie Wróżka do niego nie przyszła. I do Michała też nie przyszła, i do Kuby.
Pogratulowałam sobie w myślach logicznie myślącego dziecka, po czym przekornie postanowiłam skomplikować sprawę.
- A do Magdy przyszła - zauważyłam.
- O! - Wyraźnie zdziwił się syn, ale po chwili dodał - Ale do mnie i tak nie przyjdzie.
Dwa dni po tej rozmowie ząb szczęśliwie wypadł, a syn natychmiast zmienił front.
- I dzisiaj położę ząb pod poduszką, a Wróżka Zębuszka zostawi mi tam monetę.
- Ale jak ona wejdzie do domu? - zapytałam niewinnie. - Przecież w nocy mamy zamknięte drzwi i okna i nie mamy komina. Jak myślisz, kto w takim razie da ci monetę? - naprawdę, już bardziej podpowiedzieć nie mogę.
- Yyyy - zastanowił się syn. - Przyjaciel Wróżki Zębuszki! - wykrzyknął odkrywczo, a ja uznałam, że na uświadamianie przyjdzie jeszcze czas. Na razie będę karnie podkładać pieniądze pod poduszkę po każdym zębowym sukcesie.
Właściwie czuję się dość głupio, opowiadając synowi bujdy o latających wróżkach, ale mam też wrażenie, że to przecież nieodłączna część dzieciństwa. Wiara w magię, smoki, czary... Pewnego dnia skończy się sama, a ja przecież nie zamierzam go na siłę utrzymywać w błędnym przekonaniu. Zresztą Wróżka Zębuszka jest mi całkowicie obojętna, bo faktycznie trudno uwierzyć, by komukolwiek były potrzebne stare zęby. Szkoda mi tylko Świętego Mikołaja. Oczywiście od paru ładnych lat zdaję sobie sprawę z faktu, że prezentów nie roznosi sympatyczny grubas (i nie, nie przypominam sobie żadnej traumy związanej z odkryciem tej tajemnicy), ale też w głębi duszy nadal w niego wierzę. Przecież w każdym z nas tkwi Święty rozdający prezenty. A ubranie go w czerwony kostium i siwą brodę jest tylko dla efektu. Ho! Ho! Ho!
Anna Lewandowska
www.dwiechochelki.pl
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |
Nareszcie portal na świetnym poziomie, który z radością odwiedzam razem z dzieckiem. Pomysły na wspólne spędzanie czasu - nie tylko poza domem, ale także przy ciekawej książce czy muzyce. Gorąco polecam.
Joanna Dark, piosenkarka, mama ośmiolatka