Święta, święta i po świętach, jak niektórzy zwykli mówić. I co nam z tych świąt pozostało? Miłe wspomnienia rodzinnej atmosfery, kilka nadprogramowych kilogramów i... popiersie.
"Jakie popiersie?" - zaczniecie się Państwo zastanwiać, spieszę więc z wyjaśnieniami. Otóż nie, nikt nie postanowił podarować mi fragmentu zmumifikowanego ciała Wodza Rewolucji, i w ogóle to popiersie nie jest moją własnością.
Wszystko zaczęło się, jak sądzę, pewnego przedświątecznego popołudnia w jednym z wielkich centrów handlowych, gdzie półki w sklepach z zabawkami uginały się pod ciężarem mniej lub bardziej plastikowych cudeniek. Wizyta w takim miejscu w takim czasie grozi oczopląsem i wstrząsem estetycznym. Ale wracając do meritum. Jeden z rodzinnych Świętych Mikołajów postanowił zrobić prezent pewnej niespełna pięcioletniej dziewczynce. O tym, co kierowało nim przy wyborze tego, a nie innego upominku, opowiedział później, między pierogami z kapustą a kutią, ale o tym za chwilę.
W Wigilię nadszedł wreszcie wyczekiwany przez wszystkie dzieci (i niektórych dorosłych, którzy w tej kwestii są jak dzieci) moment, w którym w magiczny sposób pod choinką (w naszym przypadku kilka metrów od niej) wylądowała gigantyczna sterta paczek i paczuszek. No i zaczęło się - z wypiekami na twarzach najmłodsze pokolenie zabrało się do zdzierania świątecznego papieru. Kupka prezentów wspomnianej wcześniej dziewczynki rosła z minuty na minutę - pierwszy prezent, drugi, trzeci... i w tej właśnie chwili pojawiło się ono - rzeczone popiersie. Powiem obrazowo - odcięta na wysokości ramion (łącznie z szyją) plastikowa głowa (niemal naturalnych rozmiarów), porośnięta gęstwiną sztucznych włosów. O te włosy właśnie chodzi, bo głowa służy do czesania - o czym świadczy zestaw spinek, szczotka, lusterko (żeby się plastikowa głowa mogła przejrzeć swoimi plastikowymi oczami wyposażonymi w obfite rzęsy) i zabawkowa suszarka.
Obdarowana dziewczynka po pierwszym błysku w małych oczkach podniosła strapiony wzrok na swoją mamę (przyznaję się, byłam nią ja), doskonale świadoma, że plastikowy fragment ciała mnie nie zachwycił (a wprost przeciwnie, wzbudził we mnie odczucia, którym nie będę poświęcała tu miejsca). Jednak sprytna istotka postanowiła wybrnąć zgrabnie z zaistniałej sytuacji i oświadczyła: "Mamo, ale ona wcale nie jest podobna do Barbie, a poza tym zobacz, nie będę musiała czesać ciebie, tylko ją". Ależ te dzieci są zmyślne, a rodzice niekiedy bezmyślni (piszę tu o sobie), wyrażając radykalne sądy na różne tematy, w tym estetyczne. Czy aby nie nazbyt poważnie traktujemy swój obowiązek kształtowania gustu naszych pociech? Może jednak powinniśmy w pewnych kwestiach odpuścić, przyjmując starą zasadę, że o gustach się nie dyskutuje?
Może tak, choć to, co usłyszałam od przywołanego wcześniej rodzinnego Świętego Mikołaja nie utwierdziło mnie ani trochę w przekonaniu, że mam wybujałe poczucie estetyki. Mówiąc szczerze, trochę mnie te słowa pokrzepiły, dały poczucie, iż nie uda mi się zrobić moim dzieciom krzywdy, separując je od przedmiotów, które według mnie są kiczowate i niegodne uwagi. Bo czy nie można poczuć się lepiej, słysząc, iż "(...) żadna matka, a Ty w szczególności, nie kupiłaby swemu dziecku czegoś tak okropnego, a przecież dziewczynki uwielbiają bawić się we fryzjera". Święta prawda - każde słowo. A trafność tej wypowiedzi, szczególnie ostatniej jej części potwierdziła sama obdarowana, oświadczając w drodze powrotnej do domu, że zostanie fryzjerką. No cóż... przypomniawszy sobie jej zmieszanie na widok popiersia (spowodowane sądami, które wcześniej ja wygłaszałam), postanowiłam przemilczeć temat. W sumie fryzjerzy są potrzebni, a poza tym ona ma jeszcze sporo czasu na wybór zawodu.
Minęły święta, a popiersie stoi w dziecięcym pokoju i łypie na mnie zza firany rzęs, za każdym razem budząc jednoznaczne odczucia. Postanowiłam jednak darować mu życie; nie być wyrodną niewdzięcznicą i matką - purystką. Parafrazując znane przysłowie, doszłam do jedynie słusznego wniosku, że darowanemu popiersiu w twarz się nie zagląda.
Ewa Świerżewska
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka jest dla mnie nieocenionym źródłem informacji o tym, co dobre i bezpieczne dla moich synów.
Paweł Trzaska, zapalony żeglarz, tata dwóch chłopców