Udostępnij

OFF TOPIC - Nasze Vancouver

W czasie zimowej olimpiady w Sarajewie mieliśmy po 13 lat. Nieźle jeździliśmy na łyżwach, całymi dniami graliśmy w hokeja na wielkiej, zamarzniętej kałuży na środku szkolnego boiska. Od roku trenowaliśmy w klasie sportowej, potrafiliśmy podbić krążek na wysokość głowy, dryblować, pędzić na złamanie kija i zatrzymać się prawie w miejscu. Dużo umieliśmy.


Klasę sportową prowadził trener B. Wszyscy byliśmy jego dziećmi, spod ziemi załatwił nam pierwszy sprzęt i wejścia na lodowisko. Doprowadził do tego, że klasa została objęta patronatem jednego z największych wrocławskich przedsiębiorstw.


Po nowe kije i kaski szliśmy krętą, błotnistą dróżką wzdłuż nasypu. Magazyn sprzętu ulokowano w piwnicy jednego z budynków biurowych zagubionych wśród produkcyjnych hal, na jakimś bezkresnym, bezludnym wygwizdowie. Otwarte było codziennie po dwie godziny, o ile pan magazynier stawił się na czas. Z drżeniem rąk odbieraliśmy od niego nowiutkie, kanadyjskie hokejówki, kije, krążki i kaski. Nasze stare kije marki „Wostok" wywaliliśmy do piwnic, choć przecież nie były takie złe, niejeden punkt nimi zdobyliśmy, niejedno oko podbiliśmy.


Trenowaliśmy na lodzie codziennie po dwie godziny, do tego sucha zaprawa na lekcjach wuefu i SKS-ach. Ogrywaliśmy inne szkoły, radziliśmy sobie nawet z drużynami z liceów. Byliśmy gotowi na Sarajewo, marzyliśmy, aby pobić Ruskich i przywieźć trenerowi ich łzy w słoiku. Tylko w szkole nam nie szło, panie od matematyki i polskiego prześcigały się we wpisywaniu uwag do dziennika, klasa złożona z 26 chłopaków to było więcej, niż mogły znieść, nikt ich przecież nie uczył pracy z żywymi dziećmi, najchętniej wykładałyby przed pustą salą. Na wiosnę prawie wszyscy byliśmy zagrożeni, groziło nam powtarzanie klasy, ale za to mieliśmy najlepszą szkolną drużynę hokejową w mieście.


Trener dwoił się i troił, żeby pogodzić nas z systemem, negocjował z każdą nauczycielką osobno, załatwiał dodatkowe klasówki, poprawki, odpytywania. Chodził po domach i rozmawiał z naszymi rodzicami, ustalali razem plany ratunkowe, skomplikowane grafiki zajęć wyrównawczych, korepetycji. W czerwcu dostał zawału.


Odwiedziliśmy go w szpitalu, leżał w zatęchłej, zatłoczonej sali, kiedy wparowaliśmy do niej wszyscy na raz, pozostali chorzy uciekli w popłochu. Przywieźliśmy trenerowi domową zupę i drugie danie, obiad, kwiaty, wszystko, co dało się zdobyć w pustych sklepach, wyłudzić spod lady, wytargować, wybłagać. Prosiliśmy, żeby wrócił jak najszybciej, ale nie wrócił do szkoły już nigdy. Na początku następnego roku szkolnego klasę sportową rozwiązano i przemianowano na zwyczajną, a my musieliśmy znów iść krętą, błotnistą dróżką wzdłuż nasypu, żeby zwrócić sprzęt. Dziadek magazynier wydał nam pokwitowania przebite na kalce węglowej, schowaliśmy je do kieszeni i pobiegliśmy z powrotem. Wtedy to się skończyło.


W szkole czekały na nas dziewczyny z 8A, w kioskach można było dostać Zefiry i Wiarusy, w radio puszczali płyty Acceptu i AC/DC, które można było nagrywać na kasety magnetofonowe. Prysły marzenia o olimpiadach, zniczach i medalach, zajęliśmy się dorastaniem.


Rafał Witek

 

drukuj powrót
poleć artykuł

Opinie

Liczba komentarzy: 0 Dodaj swój komentarz

Qlturka jest dla mnie nieocenionym źródłem informacji o tym, co dobre i bezpieczne dla moich synów.

Paweł Trzaska, zapalony żeglarz, tata dwóch przedszkolaków

Przygody kota Bibelota