Udostępnij

Nawet maluchy wchodzą na Szczeliniec

Dodano: 2011-06-18

Nareszcie! Po latach daremnego wzdychania, podczas których tęsknie spoglądałam na stare zdjęcia w albumach (sprzed epoki cyfrowych aparatów), podjęliśmy męską decyzję i pojechaliśmy w góry.

 

Naturalnie wiele osób słusznie twierdzi, że z dziećmi można robić wszystko, jednakowoż ja jestem zawsze dość ostrożna w takich opiniach. A raczej: oczywiście, że wszystko można, ale czy na pewno tego chcę?

 

Góry kocham wielką miłością, moim zdaniem to najlepszy na świecie sposób relaksu. Jednostajnie przestawiam nogi, krok za krokiem, stopniowo uspokajają się myśli, głowa staje się lżejsza, codzienne problemy ulatują, a uwaga skupia się wyłącznie na tym, gdzie postawić stopę.

 

Chodzenie jest jedną z najnaturalniejszych aktywności człowieka - nie tenis, squash, siatkówka, ani nawet rower, tylko poczciwe marsze, które dla naszych przodków były jedynym sposobem przemieszczania się, przynajmniej dopóki nie odkryli pomocnej roli zwierząt hodowlanych.

 

I uwielbiam to cudowne uczucie zmęczenia, gdy po wielu godzinach schodzę w dół i marzę już tylko o jedzeniu i spaniu.

 

Dwójka przedszkolaków nijak nie wpisuje się w ten sposób spędzania wolnego czasu, ale jako się rzekło: odważyliśmy się.

 

Jakoś przeżyliśmy podróż przez całą Polskę i gdzieś w okolicach Kłodzka poczułam się jak w niebie. Tęskniłam za tymi widokami. Dla kogoś, kto przez kuchenne okno z powodzeniem może oglądać telewizję u sąsiadów, przestrzeń jest jednym z najbardziej deficytowych dóbr.

 

- Mamo... Kiedy pojedziemy w te góry? - jęcząco zapytała Jagoda zaraz po przyjeździe na kwaterę.

 

Natychmiast, córko!

 

Szczeliniec Wielki postanowiliśmy zaliczyć pierwszego dnia po przyjeździe. Nie ma na co czekać, dzieci zawsze mogą się rozchorować (i faktycznie, tak się stało), a doświadczenie podpowiadało, że im dłużej trwa urlop, tym bardziej wszyscy jesteśmy zmęczeni wyjazdem i chętniej spędzamy czas na placach zabaw, niż na zwiedzaniu atrakcji turystycznych. Co prawda byłam zupełnie spokojna o syna, urodzonego piechura, który zawsze chce wyjść z domu i ma niespożytą energię, ale córka, urodzona dama, nie lubi się męczyć.

 

Dojechaliśmy do Karłowa, zaparkowaliśmy i objuczeni plecakami (rodzice) oraz podskakujący z przejęcia (dzieci) wyruszyliśmy w drogę.

 

Początek zapowiadał się nieźle. Pogoda była idealna, na tyle ciepło, by od biedy wystarczył krótki rękaw, a na tyle chłodno, by czuć się komfortowo w długich spodniach i porządnych butach. Wyszliśmy na przepiękną polanę, dalej rozpościerał się gęsty las, a na górze czekały imponujące skały.

 

„Jestem w raju", pomyślałam wdychając zapach górskiej łąki i patrząc na spękany szczyt.

 

- Jestem zmęczona - oświadczyła córka.

 

Ha! Ależ byłam przewidująca! Wiedziałam, że wyjście w góry nie może się obyć bez porządnego systemu motywacyjnego.

 

- A czy wy wiecie - zaczęłam sztucznie ożywionym tonem - że chodzenie po górach wymaga wiele wysiłku i dlatego, dla wzmocnienia, jemy czekoladę?

 

Słowo „czekolada" zawsze ma magiczną moc. Przeszliśmy kolejne sto metrów.

 

- Brzuszek mnie boli - zajęczała córka.

 

Ból brzucha dało się chwilowo rozwiązać kolejną kostką czekolady, opanowałam też śmiertelnie niebezpieczną sytuację, jaką stworzyła przelatująca dziesięć metrów dalej osa, ale zaczęłam się obawiać, że w tym tempie słodycze skończą się nam jeszcze zanim wejdziemy na pierwszy z 682 schodów.

 

- Nie idę tam. - Jagoda szarpnęła moją rękę w chwili, gdy ogarnął nas przyjemny chłód lasu - Tam są wilki.

 

Brak wilków wyjątkowo udało się wytłumaczyć bez czekolady.

 

Prób powrotu do domu było jeszcze kilka i popatrywaliśmy na siebie z mężem z niepewnymi minami, ale zależało nam tak mocno na wspinaczce, że puszczaliśmy większość uwag mimo uszu. No bo co w końcu! Tłucze się człowiek przez całą Polskę samochodem, nabiera apetytu na widoki i ma cały urlop spędzać na placach zabaw?! Niedoczekanie!

 

Schody okazały się naprawdę strome. Trasa była ładnie przygotowana i syn biegł pod górę niczym kozica, ale i nogi i duch trzylatki osłabły. Z czasem wymieniłam plecak i aparat (zamieniając męża w wielbłąda) na siedemnaście kilogramów marudzącego szczęścia.

 

Na szczęście nigdy nie należałam do słabych kobietek, co to nie mają sił nosić torebki, wręcz przeciwnie, otwieram słoiki i swobodnie przesuwam meble, więc wkrótce cała nasza czwórka podziwiała krajobraz stojąc na punkcie widokowym.

 

Co tu dużo mówić: warto było.

 

Zamknięci w małych mieszkaniach, w puszce samochodu, w tłocznym tramwaju, zapominamy, że brakuje nam swobody. Nasz pradziad stawał na sawannie i patrzył hen w dal, a wzrok nie napotykał przeszkód w promieniu wielu kilometrów. Może właśnie ta atawistyczna potrzeba wolnej przestrzeni sprawia, że tak bardzo kocham góry.

 

Dzieci, jak to zwykle bywa, okazały się niezwykle odporne na widoki i zażądały gofra, a my, dorośli, nie mogliśmy sobie odmówić herbaty w schronisku.

 

Nie zwlekając, wyruszyliśmy w dalszą drogę, która była o wiele prostsza niż wchodzenie na szczyt. Szczeliniec jest dość płaski na górze, ale za to usiany malowniczymi formami skalnymi: a to trzeba przejść przez ucho igielne, a to schodzi się do ciemnej i ponurej czarciej kuchni, czy też widać skałę w kształcie małpoluda. Obydwoje nieletni żywo zainteresowali się zalegającym w połowie czerwca śniegiem oraz mokrymi skałami, między którymi przyszło im się przeciskać. Teren jest tak urozmaicony, że dzieci maszerują całkiem chętnie i nie marudzą.

 

Droga powrotna ze szczytu minęła nam znacznie szybciej, ponieważ już się nie upierałam przy samodzielności córki i zdecydowaną większość trasy niosłam ją na rękach.

 

I właśnie w chwili, gdy zupełnie wyjątkowo Jagoda schodziła łagodniejszy kawałek sama, minęła nas zasapana para w średnim wieku.

 

- Popatrz - powiedziała z podziwem ona. - I takie maluchy też wchodzą!

 

Anna Lewandowska

pstryku-pstryk.blogspot.com
www.dwiechochelki.pl

 

drukuj powrót
poleć artykuł

Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.

Edyta Sudoł, specjalista PR

W Karzełkowie jesień złota