Udostępnij

Międzynarodowy nie znaczy dobry

Dodano: 2010-07-30

Jeśli w nazwie ośrodka jest zawarte, że jest międzynarodowym albo jego wagę podkreśla słowo „centrum" lub „instytut" to i tak nie trzeba mieć złudzeń. Oczywiście jeśli te określenia łączą się z przynależnością do tak zwanej publicznej służby zdrowia. Przynajmniej ja i moja rodzina mamy takie doświadczenia.


Bo gdy człowiek nie ma złudzeń, to lepiej się przygotuje, np. weźmie kanapki, termos, ciepły koc, zabawki dla dzieci, więcej pieniędzy na opłacenie obowiązkowego parkingu, by przetrwać jakoś godziny oczekiwania w kolejce na wizytę...


Jeden z renomowanych ośrodków, z licznymi doświadczeniami klinicznymi, i owszem. Również z elektronicznym systemem rejestracji pacjentów. Z imienną kartą, którą można otworzyć drzwi prowadzące do holu dla pacjentów. Z mailem od pani rejestratorki przypominającym o wymaganych na pierwszą wizytę dokumentach. Brzmi nieźle?!


Pacjent ma przybyć do rejestracji 20 min przed wyznaczoną wizytą. Jesteśmy. Okazuje się, że lekarz może, mimo umówionej godziny, przyjść godzinę po czasie. Oczywiście bez słowa „przepraszam", bo to należałoby do złudzeń.


Czekamy ową godzinę z dwójką dzieci, zdziwieni i jednocześnie zaniepokojeni czy przed dobrym gabinetem. Nikt nic nie wie - „trzeba czekać i obserwować tablice elektroniczne z wyświetlanymi numerami pacjentów". Wreszcie przychodzi lekarz. Przed nami wchodzi jeszcze niepełnosprawne dziecko. To zrozumiałe, że bez kolejki. Po półtorej godziny od wyznaczonego terminu przychodzi czas i na nas - wchodzę ze starszą córką. Słyszę, jak młodsza wyraża głośno protest pod drzwiami. Dobrze, że jej brata bliźniaka udało się zostawić babci, która akurat nas odwiedziła. Byłby koncert stereo. Gdy wychodzę, Mała uwiesza się u mojej piersi. Dobrze, że ma co jeść. O głodzie starszej córki nie pomyśleliśmy, będąc przekonani, że po kilkunastominutowej wizycie rozpoczętej o wyznaczonym czasie - po prostu szybko opuścimy te „międzynarodowe" mury. Nie możemy poszukać baru, bo co chwila wyświetlają się numerki z kart pacjenta. A nuż elektroniczny system wezwie nas na wizytę i jeśli ją przegapimy - pozostanie bezlitosny, każąc czekać kolejną turę?! W końcu mąż idzie na poszukiwania kiosku. Mamy co pić! Czasem pacjenta wzywa system (czyli numerki z karty pojawiające się na specjalnych tablicach elektronicznych), a czasem głos z gabinetu: „Kowalski", „Obrębska"... Widzę, że pan Kowalski to szacowny staruszek, a pani Obrębska też już swoje lata ma. Niestety, „głos" z gabinetu zapomina, że ten „Kowalski" to pan, a owa „Obrębska" to pani. I nawet rutyna czy pospiech nie usprawiedliwiają braku szacunku.


Kolejne półtorej godziny sterczymy, bo tak muszę to nazwać, w następnej kolejce, czekając na zlecone przez lekarza badanie. Starsza, choć przecież tylko czteroletnia córcia zaczyna rozwijać swą przytłumioną tu potrzebę ruchu... Młodsza, najadłszy się mlekiem, też chętnie by pochodziła na swych czterech kończynach, nie rozumiejąc, że tu nie da rady, że zostałaby zdeptana...


Tuż obok jakaś mama nie wytrzymuje: po czterech godzinach czekania strofuje dosadnie i na głos swego synka - przedszkolaka. Chłopiec się kręci, bo co ma robić?! Na dodatek koczują rodzinnie, ze starszą siostrą, której mama nie miała pewnie z kim zostawić, na podłodze, bo wszystkie miejsca zajęte. Przynajmniej, o szczęśliwcy, mają kanapki i wodę mineralną. My stoimy. Niektórzy z naszej rodziny mają lepiej i siedzą na rękach, w związku z czym mnie ręce odpadają. Owa wspomniana mama wybucha tak, że za chwilę sama się tego wstydzi, na usprawiedliwienie frustracji puszczając w eter, że czekała 5 miesięcy na wizytę i z niej nie zrezygnuje, chociaż chętnie by stąd po tylu godzinach uciekła... My czekaliśmy 3 miesiące, a i tak było to najszybciej, biorąc pod uwagę inne ośrodki w naszym mieście. Badanie, na które czekaliśmy półtorej godziny trwało... 3 minuty. Z powrotem do gabinetu lekarza... Jeszcze „tylko" pół godziny pod gabinetem, 5 minut w środku i załatwione!!!


Po trzyipółgodzinnym czekaniu opuściliśmy mury kliniki, uprzednio uiściwszy wcale nie groszową opłatę za parking. Udało się zapisać córcię w kolejkę, niestety, na zabieg. Teraz mamy czekać nań... około roku. Właściwie to się cieszę, że wrócę tu dopiero za rok. Może nabiorę dystansu do tego „międzynarodowego" - organizacyjnie, proszę wybaczyć - do bani ośrodka. Mam nadzieję, że przynajmniej fachowością będę zachwycona.


Wciąż, niestety, pacjent, pomimo europejskich systemów elektronicznych pozostaje na szarym końcu. Przynajmniej tak czuliśmy się teraz. Bo pacjent jest przecież cierpliwy. I bierny. Bo co ma zrobić?!


Córcie zasnęły w samochodzie snem sprawiedliwych. I tak minęło pół dnia w europejskich, choć jednak nadal swojskich, polskich standardach w międzynarodowym centrum...

 

Anna Lubowicka

 

drukuj powrót
poleć artykuł
Kiedy zacząć naukę? - czwarta część poradnika czytania dzieciom
Kiedy warto zacząć uczyć dzieci czytać? Jak oswajać je z książkami, zanim nauczą się czytać? Czy i dlaczego...
Słodkich snów, maluszku
Jednym z najtrudniejszych zadań stających każdego dnia przed wieloma rodzicami jest położenie dziecka do łó...
Dzieci pod presją, czyli konformizm czterolatków – najnowsze badania
Kilkadziesiąt lat temu (dokładnie w 1953 roku) znany psycholog Salomon Ash przeprowadził jeden z najbardzie...
Czy każda książka jest dobra dla dziecka?
Często w książkach dla dzieci, które w założeniu mają pokazywać najmłodszym, jakie są konsekwencje niewłaśc...

Cieszy mnie, że istnieje portal traktujący dzieci na tyle poważnie, żeby proponować im prawdziwą kulturę na wysokim poziomie. Qlturka.pl kreuje kulturalny smak najmłodszych, jednocześnie szanując ich wrażliwość.

Martyna Samecka, mama Fruzi, ilustratorka-amatorka

Jazzowanki Wyciszanki