Zazwyczaj dobre rady dają ci, którzy nie dają dobrego przykładu. Dlatego w kwestii wypadów rodzinnych nasze trio mogłoby już wydać dość spory poradnik.
O tym, że wybierzemy się na balet „Dziadek do orzechów" zadecydowała fascynacja naszej pięcioletniej Amelii serią kreskówek z Barbie. Dzięki tym animacjom muzyka Czajkowskiego była już jej dobrze znana, więc nadszedł czas, by zobaczyła balet na żywo.
Z jakiegoś powodu, do dziś dla mnie niepojętego, byliśmy przekonani o naszym dobrym przygotowaniu to wypadu. Fakt, że spektakl odbywał się w środku tygodnia pracy o godz.17.00 w Chorzowskim Centrum Kultury, którego nigdy na oczy nie widzieliśmy i, które jest oddalone o 55 km od naszej małej miejscowości, zupełnie nas nie niepokoił. Niezrażeni siarczystymi mrozami, przygotowaliśmy śmiałe kreacje wieczorowe i zapowiedzieliśmy w swoich miejscach pracy, że wychodzimy tego popołudnia punktualnie i żadna nadgodzina nie wchodzi w grę.
Jeszcze szarpiąc za przymarznięte drzwi samochodu nie traciłam radosnego nastroju. Wmówiłam sobie, że wchodzenie przez bagażnik, który jako jedyny łaskawie się otworzył, także nie zepsuje wyjazdowej atmosfery. Akrobacje przy przedostawaniu się do auta cieszyły jedynie naszą Amelię i pana odśnieżającego opodal samochód...
Nic to, Baśka... jedziemy i pewnie się nie spóźnimy, bo droga na mapie do Chorzowskiego Centrum Kultury wyglądała tak banalnie prosto... Tylko dlaczego wszystkie samochody ciągle stoją? Gigantyczny korek w Bytomiu nadwątlił nasze nadzieje na punktualne przybycie. No tak, tego nikt nie przewidział, ale jak tylko się rozładuje ruch, to zajedziemy na tą ulicę... Żeromskiego? Mickiewicza? Spojrzeliśmy z mężem po sobie, zmrożeni... oczywiście żadne z nas nie zapisało nazwy ulicy, przy której znajduje się Chorzowskie Centrum Kultury!
Byliśmy już tak blisko, spektakl się rozpoczął, a my kluczyliśmy w ciemnej zimowej aurze po uliczkach Chorzowa i pytaliśmy przechodniów, gdzie jest CHCK.
Teraz myślę, że z różnorodnych odpowiedzi wyłonił się interesujący obraz tego, co przypadkowy chorzowianin traktuje jako centrum kultury swojego miasta, ale wtedy... sfrustrowani i zdenerwowani zaczęliśmy wątpić, że w ogóle uda się nam dotrzeć do celu podróży. Gdy - kierując się wskazówkami bardzo pewnej tego co mówi pani - znaleźliśmy się w Świętochłowicach, chciało nam się krzyczeć. Wyręczyła nas Amelia, dramatycznie oznajmiając, że chce jej się siku i dłużej nie wytrzyma...
Kolejna zapytana starsza pani okazała się dobrze „zorientowaną kulturalnie" osobą i wyjaśniła nam, jak dotrzeć na ul. Sienkiewicza, gdzie znajduje się poszukiwane CHCK i że jest to niegdysiejszy Stary Teatr, obecnie odremontowany. Byliśmy uratowani.
Pięknie oświetlony budynek teatru oblegał tłumek widzów, korzystających z przerwy w spektaklu. Nie wierząc własnemu szczęściu, odwiedziliśmy szatnię, ubikację i weszliśmy na sale widowiskową.
Bardzo lubię zapach, który wypełnia takie miejsca. Tworzy atmosferę wyjątkowości i pomaga zanurzyć się w nierzeczywistym świecie, który zaraz ukaże się naszym oczom na scenie.
Usiedliśmy w pierwszym rzędzie. Dlaczego w pierwszym, skoro właśnie tam można usłyszeć każde tupnięcie i dostrzec niedoskonałości wykonywanych figur? Ech... Jak już udzielać rad - to udzielać. Otóż bilety na bardzo dobre miejsca zamawiałam przez Internet, a regulowałam za nie należność przekazem pocztowym. Nie róbcie tak. Nigdy nie można przewidzieć czasu doręczenia pieniędzy przez Pocztę Polską. Mnie przepadła rezerwacja i tylko dzięki życzliwości pani kasjerki udało się dostać jakiekolwiek miejsca...
Druga część baletu - dla nas pierwsza - rozpoczęła się Tańcem Arabskim. Amelia od razu z otwartymi ustami śledziła kroki solistki. Później Taniec Chiński, Trepak i Taniec Pastuszków. Wielkimi brawami przyjęto wchodzące na scenę dzieci-cukiereczki, tańczące w Tańcu Wieszczki Cukrowej. Spektakl kończył piękny Walc Kwiatów.
Gdy opadła kurtyna, aplauz był gromki, ale nietypowo krótki. Prędko szum wstającej widowni i rozgardiasz wychodzących rozdmuchał nierzeczywistą atmosferę przedstawienia. Rozejrzałam się. Zdecydowana większość publiki to małe dzieci. Im nie w głowach bić długie brawa wykonawcom, im nie w głowach podziwiać warsztat zawodowy, im chce się teraz kręcić piruety i dreptać na paluszkach podpatrzone figury.
Z wielką przyjemnością patrzyłam na strofowanie rozskakanej dziatwy w holu, na próby ubrania w kurtki małych balerinek kręcących młynki przed lustrami szatni.
Myślę, że miarą sukcesu artystów grających tego wieczora na scenie nie było długie oklaskiwanie ich postaci, lecz skuteczne rozniecenie w dzieciach pragnienia tańca.
Wróciliśmy do domu nie tylko pełni wrażeń, ale też dużo „mądrzejsi po szkodzie".
Anna Oleszko
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.
Edyta Sudoł, specjalista PR