Wycieczka zaczęła się od mszy świętej w kościele przyklasztornym zakonu Sióstr Misjonarek św. Piotra Klawera. Potem siostry zaprosiły nas z dziećmi na podwieczorek w długim, zastawionym rzędem stołów korytarzu służącym im za jadalnię. Na ścianach zbiory sztuki sakralnej - malowidła, drewniane, stylizowane na kamień podobizny aniołów i świętych, przedmioty codziennego użytku sprzed stu i więcej lat. W równie starym kredensie kolekcja poobtłukiwanych kubków - każdy inny - z których dzieci wybrały sobie po jednym, zanim ustawiły się w kolejce po napój.
Hałas i rozgardiasz towarzyszące posiłkowi przerwało pojawienie się siostry Miriam - blisko siedemdziesięcioletniej staruszki - która nie wkładając w to żadnego wysiłku i ani razu nie podnosząc głosu, w ciągu kilku minut zgromadziła większość naszych rozrabiaków wokół siebie. Jej opowieści o podróżach do Afryki - snute spokojnym, opanowanym głosem globtroterki władającej biegle trzema językami - ujarzmiły temperament dzieci na dobrą godzinę. Po ujawnieniu szczegółów katastrofy lotniczej, jaką siostra przeżyła w Nowym Jorku (samolot złamał się w pół w czasie lądowania, wielu pasażerów zginęło, resztę ewakuowano "zjeżdżalniami") dzieci kategorycznie odmawiały wyjścia z klasztoru. Na szczęście łagodna perswazja tejże samej siostry Miriam zdziałała cuda i po chwili wszyscy byliśmy już na zewnątrz, kierując się ku Drodze Krzyżowej, której kamienne stacje wkomponowano w pobliski wąwóz. W płynącym jego dnem strumieniu dzieci dostrzegły kilka salamander i pokutna cisza - przy wyrozumiałych uśmiechach towarzyszących nam księży - została na chwilę przerwana okrzykami zachwytu.
W pociągu powrotnym do Wrocławia grałem w kości i karty z trzema dziewczynkami z czwartej klasy. Jedna z nich, Marzenka, przyszła do naszej szkoły po półroczu, więc nie miałem okazji wcześniej jej poznać. Była cichą, szczupłą blondynką ze śmieszną grzywką i oczami jak krzemowe doliny. Cierpliwie przegrywała wszystkie gry, tasowała i rozdawała karty i odnajdywała kostki zagubione pod siedzeniami. Cała podróż minęła mi na podpatrywaniu jej drobnych gestów - nie przeznaczonych dla nikogo półuśmiechów, spojrzeń na boki, okręcania kosmyków włosów wokół wskazującego palca - i tak dotarliśmy do deszczowego Wrocławia. Na przystanku autobusowym trójka cygańskich wyrostków tarzała się po trawie, walcząc o upuszczony banknot. Wiał zimny, nieprzyjemny wiatr, ten sam, który towarzyszył nam przez całą wycieczkę. Dzieci dojadały resztki drugich śniadań zabranych z domu. Pijany mężczyzna prosił, aby przeczytać mu numer autobusu, który podjechał na stanowisko.
Dzieci ulitowały się nad nim i pomogły, a on, nagle zawstydzony, wsiadł do wozu krokiem jakby prostszym i nic już do siebie nie mrucząc po nosem - i odjechał po chwili, a dzieci machały mu na pożegnanie, trochę śmiejąc się z niego, a trochę go żałując, jak to one.
Rafal Witek (09 1999)
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka to strzał w dziesiątkę. Bardzo wartościowy serwis dla rodziców i dzieci, którzy poszukują pomysłów na wspólną naukę i zabawę. To pierwszorzędny przewodnik po dobrej książce, ciekawym filmie czy przedstawieniu teatralnym. Gorąco polecam!
Agnieszka Babik, analityk rynku, mama 6-letniej Marianki i 13-letniego Szymona