Pod koniec XX wieku dziecko wyniesiono na ołtarze. W polskim życiu publicznym pojawiły się takie terminy jak „prawa dziecka", „molestowanie", „szkoła z kasą", „kocham - nie biję" i wiele podobnych. Mnożą się fundacje, organizacje i stowarzyszenia pracujące na rzecz dzieci, przybywa chwalebnych obywatelskich inicjatyw. Otwierane są niezliczone konta bankowe na pomoc dla dzieci chorych, dzieci - ofiar wypadków, dzieci - ofiar przemocy. Działa niebieska linia telefoniczna. Pani prezydentowa prowadza biznesmenów pod rękę na balach dobroczynnych na rzecz domów dziecka. Gazety stoją na straży dobra najmłodszych, piętnując nieprawidłowości w szkołach i zakładach opiekuńczych. Dziennikarze ofiarnie walczą z wszelkimi formami molestowania.
Trudno się z tego wszystkiego nie cieszyć, trudno nie docenić faktu, że po raz pierwszy w historii dobro dziecka znalazło się w centrum uwagi. A mimo to coś w tej nowej rzeczywistości skrzeczy...
Istnieje rażąca dysproporcja między pozorną wagą, jaką przykłada się do spraw dzieci w mediach, a głupotą i krótkowzrocznością rzeczywistych, politycznych działań na rzecz dzieci i rodziny. Oczywiście apogeum tej głupoty i indolencji przypadło na czas rządów pana Giertycha, ale - w mniejszym lub większym stopniu - powyższe uwagi dotyczą każdego polskiego rządu po II wojnie.
Zdaje mi się, że na tym ołtarzu, na który wyniesiono dziecko, nie jest zbyt wygodnie. Taka już widocznie natura ołtarzy - wszyscy cię kochają i ta miłość musi ci na razie, maleństwo, wystarczyć. (09 2009)
Rafał Witek
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



"Z Qlturki" - taką odpowiedz słyszę najczęściej, gdy pytam gości, skąd dowiedzieli się o naszej kawiarni.
Malwina Kazimierczak, właścicielka FikuMikuCafé, mama 3-letniej Miki.