Co oznacza dla nas słowo "dziecko"? Według "Słownika symboli" Władysława Kopalińskiego: "dziecko jest symbolem początku, Nowego Roku, poranka, wiosny, związku z naturą, płodności, czystości, nieskażonego stosunku do życia, niewinności, niewiedzy, głupoty, spontaniczności, irracjonalizmu, zapomnienia i wybaczenia, pełni możliwości, przyszłości, obietnicy, skarbu, niewdzięczności, zmartwień."
Znakiem naszych czasów jest wyniesienie dziecka na piedestał. Cywilizacja zachodnia tworzy specjalne książki dla dzieci, filmy, spektakle teatralne, utwory muzyczne, zabawki mające pobudzić dziecięcy rozwój. Na rynku roi się od gazet, których tematyka w całości poświęcona jest ciąży, pielęgnacji niemowlęcia, wychowaniu dzieci. Na księgarnianych półkach zagubionym rodzicom z odsieczą przychodzą poradniki z gotową instrukcją obsługi dziecka. W telewizji ratunkiem jest "super niania" od wychowania. Dziecko jawi się w tym świetle jako osobna, odmienna kategoria człowieka, co dla niektórych współczesnych rodziców zdaje się ciężarem nie do udźwignięcia. Gdy tylko zdarzy się nam krzyknąć lub nawet dać klapsa dziecku, zaraz pojawia się poczucie winy targające nam sumienia. Obawiamy się, wedle podszeptów poradników, często zresztą słusznie, iż takie przeżycia są dla dziecka traumatyczne. A co wtedy z naszą, dorosłą traumą? Bo jak nazwać życie w ciągłej niepewności czy dobrze wychowujemy własne dzieci? Czy pomoże optymistyczne: "Rodzicu, wyluzuj"? Wyluzowany czy nie, rodzic też ma swoje potrzeby, z którymi dziecko wciąż się kłóci: a to nie dało spać w nocy, więc rano jestem na nie wściekła; innym razem nie dało spokojnie zjeść obiadu, który zdążył wystygnąć, gdy szaleńczo biegałam za słodkim skarbem z kolejną łyżeczką „papu" itd., itp. Gdybyśmy tak nie musieli konsumować, wydalać, spać i wykonywać innych rozkazów zrzędliwej fizjologii, o ileż łatwiejsze byłyby relacje z naszymi pociechami! Po co nam zatem dzieci?
Jeszcze nie tak dawno temu "ono" nie miało żadnych praw ani zabawek; nie leczono chorych noworodków. Jeśli dziecko było silne - przeżywało, jeśli nie - samotnie umierało jak wadliwy przedmiot. Dopiero w 1924 roku Zgromadzenie Ogólne Ligii Narodów przyjęło Deklarację Praw Dziecka, natomiast w 1989 roku Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych uchwaliło Konwencję Praw Dziecka (Polska ratyfikowała ją w 1991 roku). Dlaczego stało się to tak późno? Na zawsze pozostanie to już niechciane pytanie do dorosłej części populacji...
Trudno nam pojąć dziecko, trudno nam być w relacjach z nim empatycznym i cierpliwym. Dorosły, czyli "on" i "ona", jest kulturalny i cywilizowany, dziecko, czyli "ono", jest jak nieprzewidywalna natura, dzikie zwierzątko. Jednak najtrudniej nam chyba zaakceptować dziecięcą odrębność i autonomię, przez co traktujemy potomka jak naszą własność, którą pewnego dnia nabyliśmy. Już sama gramatyczna forma określająca dziecko, wskazuje na kierunek naszego myślenia: "ono" to coś nijakiego, czyli nie wiadomo jakiego, nieokreślonego, nieukształtowanego. Naszą rodzicielską misją jest więc ulepienie z tej bezkształtnej masy czegoś, z czego będziemy zadowoleni, co nas uszczęśliwi, a nawet wyróżni spośród tysiąca innych nieumiejętnie ulepionych mas. No cóż, taki sposób myślenia tylko pozornie różni się od myślenia rodziców pokolenia wstecz.
Kochajmy nasze dzieci tak po prostu, bez przepisów na sukces, a zobaczymy, że synek to "on", a córeczka "ona" - ludzkie pączki jeszcze, z których dzięki naszej uważnej obecności wyrosną kwiaty na miarę własnych, jednostkowych potrzeb. Zachwyćmy się naszymi dziećmi poprzez zadziwienie ich odmiennością. Ona i on ciągle zaskakują, jak promyk budzącego nas nagle słońca po gwałtownej, chmurnej ulewie.
Kinga Jurgilewicz-Malek
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.
Edyta Sudoł, specjalista PR