Na konferencji z okazji 20-lecia Konwencji o Prawach Dziecka rzecznik praw dziecka Janusz Kochanowski przypomniał, że Polska wciąż jest na pierwszym miejscu w Europie, jeśli chodzi o ubóstwo dzieci. Jeśli dobrze rozumiem, oznacza to, że nasze (statystyczne) dzieci mają gorsze warunki życiowe niż dzieci rumuńskie, albańskie czy, dajmy na to, ukraińskie. Zdaniem rzecznika, polskie dzieci nie mają także zapewnionego równego dostępu do edukacji, a ich szanse na uzyskanie dobrej jakości wykształcenia uwarunkowane są sytuacją materialną rodziców i miejscem zamieszkania.
Mam wrażenie, że pan rzecznik nie odkrył Ameryki, ale wygłaszając swą przemowę poruszył (być może nieświadomie?) pewien ważny temat. Otóż na całym świecie dostęp dziecka do edukacji, kultury i rozrywki jest uzależniony od statusu materialnego rodziców, a także od ich świadomości i poczucia odpowiedzialności za przyszłość dziecka. Nie można sztucznie oddzielić dziecka od jego środowiska czy też uprzywilejować go, nie pomagając rodzicom. Co z tego, że damy biednemu dziecku książki, przybory szkolne, laptopa i zachęcimy je do nauki, jeśli po lekcjach dziecko wróci do ubogiego domu, w którym niewykształceni i mało światli rodzice nie będą się tą jego nauką interesować ani jej wspierać, a laptopa sprzedadzą, żeby starczyło na rachunki.
Nie chcę powiedzieć, że dzieciom nie należy pomagać. Jak najbardziej należy, ale należy też pamiętać, że dziecko zawsze występuje w jakimś kontekście - rodziny, środowiska, otoczenia. Jedynie trwałe polepszenie jakości życia całej rodziny zaowocuje trwałym polepszeniem jakości życia dziecka. Tak więc działania pomocowe powinny być prowadzone równolegle. Tymczasem polskie instytucje i urzędy często zachowują się tak, jakby nie były tego świadome. Najlepszym przykładem - historia małej Róży, o której tak głośno było niedawno. Wymyślili urzędnicy przy kawce, że jak w obejściu brudno, a po podwórku lata zakrwawiona kura, to należy noworodka zabrać rodzicom. Tak byli przy tym zaabsorbowani tą kurą, że już nie zwrócili uwagi na inne ważne fakty - że rodzina porządna i trzeźwa, z dobrą opinią, dbająca o starsze dzieci. Nie wpadł jeden przygłup z drugim na pomysł, że dużo taniej i efektywniej byłoby pomóc całej rodzinie, niż zabierać dziecko do instytucji. Dopiero wrzawa medialna pozwoliła Róży wrócić do domu i skierowała rozumowanie urzędników i sędziów na właściwe tory.
Oby ta historia stała się precedensem, który zmieni praktykę działania opieki społecznej w podobnych przypadkach. (15 10 2009)
Rafał Witek
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Dzieci są jedynymi uczestnikami kultury, którym kontakt ze złą sztuką może wyrządzić krzywdę. Ogromnie cenię Qlturkę za to, że pokazuje, co w sztuce dla najmłodszych dobre, ciekawe i warte uwagi. Nie wyobrażam sobie już sieci bez tego miejsca.
Alicja Morawska Rubczak, badacz i krytyk teatru dla dzieci, kuratorka małych Warszawskich Spotkań Teatralnych