Udostępnij

Bibliobus

Dodano: 2011-03-29

Kiedy byłam jeszcze całkiem mała, czyli w czasach gdy ćwiczyłam małą motorykę tnąc nożyczkami poduszki oraz własne włosy, a nauka jazdy na rowerze pozostawiła pamiątkę w postaci ziarenek czarnego żwiru w prawym kolanie - w mojej wsi spaliła się szkoła.

 

Zdarzenie było znamienne w skutkach, bowiem w tego powodu trzy pierwsze lata szkoły podstawowej spędziłam ucząc się w malutkich klasach w prywatnych budynkach, przy czym zajęcia drugiej i trzeciej klasy odbywały się jednocześnie w tym samym pomieszczeniu.

 

Tak naprawdę wcale mi to nie przeszkadzało. Jak wygląda prawdziwa szkoła miałam przekonać się dopiero w czwartej klasie, ale był jeden bardzo poważny minus - biblioteka.

 

Cała zawartość szkolnej wypożyczalni mieściła się na dwóch czy trzech niewielkich półkach i przeczytanie tego mizernego zbioru nie zajęło mi dużo czasu.

 

Do miasta miałam wystarczająco daleko, by tam nie jeździć, w domu wszystko przeczytałam wielokrotnie ze szczególnym uwzględnieniem uroczej opowieści „Niezwykłe lecz prawdziwe przygody kapitana Korkorana" (od tamtej pory już nigdy nie opuściło mnie marzenie o własnym tygrysie) oraz zbioru baśni „Najcudniejsza piękność".

 

Nastał czas posuchy.

 

I nagle pojawiło się wybawienie w postaci autobusu. Jakieś sprzyjające zrządzenie losu sprawiło, że właśnie wtedy ktoś wpadł na pomysł uruchomienia w mojej okolicy biblioteki na kółkach.

 

Bibliobus parkował tuż obok mojego domu. Wystarczyło wyjść przez furtkę, otworzyć ciężkie drzwi i po wdrapaniu się na kilka schodków, człowiek wkraczał do raju. Niezliczone półki wypełniał ogrom kolorowych książek, które można było przeglądać do woli. Było wszystko, o czym tylko mogłam zamarzyć. To tam znalazłam „Niekończącą się opowieść", poznałam zagadki legendarnego Hodży Nasreddina, czatowałam na kolejne tomy o Mary Poppins czy książki Astrid Lindgren.

 

Potem miasto wchłonęło wieś, a ja należałam już do trzech bibliotek i nie miałam problemów z dostępem do lektury. Bibliobus przestał przyjeżdżać.

 

Czasu na czytanie mam teraz znacznie mniej niż kiedyś, ale przyzwyczajenie do wypożyczania książek zostało mi do dziś. Co prawda cierpię na zakupoholizm książkowy, z którego to nałogu nie zamierzam się leczyć, ale co pewien czas przychodzi opamiętanie (oraz rachunki) i wtedy otwieram drzwi osiedlowej biblioteki. Wsiąkam tam na co najmniej pół godziny i po długich deliberacjach oraz stopniowym odrzucaniu pozycji, których tym razem nie wezmę (ograniczenie do trzech sztuk jest bardzo bolesne), wychodzę z łupem.

 

W ostatni weekend wreszcie zabrałam ze sobą dzieci. Wyszliśmy zachwyceni z nowym tomem „Pana Kuleczki", przepiękną opowieścią „Mój przyjaciel Szymon" oraz książką z księżniczką na różowym tle na okładce (córka) i poradnikiem szachowym dla dzieci (syn).

Może im też wejdzie to w nałóg.

 

Anna Lewandowska

www.dwiechochelki.pl
ruda farbowana.blox.pl

 

drukuj powrót
poleć artykuł

"Z Qlturki" - taką odpowiedz słyszę najczęściej, gdy pytam gości, skąd dowiedzieli się o naszej kawiarni.

Malwina Kazimierczak, właścicielka FikuMikuCafé, mama 3-letniej Miki.

Pulpet i Prudencja. Smocze pogotowie przygodowe