Udostępnij

Kto lubi dzieci?

Dodano: 2011-05-16

Żeby zajmować się dziećmi i dla nich tworzyć, trzeba je lubić. Niby banał, a jednak... Coraz częściej spotykam się z sytuacjami, które każą mi myśleć, że wymagam niemożliwego.

 

Każdy z nas pewnie wspomina lata szkolne i nauczycieli, którzy przynosili więcej szkody niż pożytku. Potrafili się wyżywać, nierzadko sięgając po przemoc (fizyczną i psychiczną), krzyczeć, przyprawiając dzieci o bóle brzucha ze stresu przed każdymi zajęciami. Już wtedy zastanawiałam się nad tym, dlaczego nikt takich sytuacji nie kontroluje i dlaczego taka osoba ma w ogóle kontakt z dziećmi.

 

Teraz jestem matką i odprowadzam swojego syna do przedszkola państwowego. Za każdym razem odnoszę wrażenie, że jest to miejsce, w którym najmłodsi członkowie społeczeństwa są niemile widziani. I choć placówka jest czynna do godziny 16.30, to nie daj Boże przyjść po dziecko o 16.00! Opiekunki zabiją i poćwiartują człowieka na kawałki. A już w takie dni jak Wigilia, Wielki Piątek czy drugiego maja (kiedy większość zakładów pracy normalnie funkcjonuje) przyjść z dzieckiem to tak, jakby się popełniło największą zbrodnię przeciwko ludzkości! Właściwie to po co te „bachory" tam w ogóle przychodzą i czego ci rodzice chcą...

 

Dosyć często chodzę do biblioteki publicznej, do oddziału dziecięcego, a jakże. Spotykam tam panią, która owszem, miła jest i sympatyczna, ale o nowościach książkowych i współczesnych autorach za wiele nie wie... Zostało jej kilka lat do emerytury i tylko odlicza czas, który ją do niej przybliża. Zza biurka najchętniej w ogóle by się nie ruszała, bo i po co...

 

Czasem trzeba pójść do lekarza, niestety. Dajmy na to do okulisty. Pan doktor na swojej stronie internetowej ogłasza wszem i wobec, że zajmuje się także małymi dziećmi, więc idę do niego jak w dym. I jak dziś wspominam dzień, kiedy z niemowlęciem stanęłam w drzwiach jego gabinetu. Lekarz był oburzony zachowaniem dziecka. Bo jak można krzyczeć, gdy nagle w obcym miejscu gaśnie światło, a jakiś nieznany człowiek świeci ostrym światłem prosto w oczy?! To przecież niedopuszczalne!

 

Sytuacja z gruntu inna: wybrałam się z synem do teatru. Na spektakl dla dzieci, oczywiście. Jedyna aktorka w nim grająca początkowo wydawała się całkiem przyjazna. Poprosiła dzieci, by usiadły na specjalnie przygotowanych dywanach położonych scenie, blisko niej, aby mogły pełniej odbierać sztukę. Świetny pomysł! Ale w połowie przedstawienia, gdy jakaś dziewczynka postanowiła bliżej przyjrzeć się scenografii, pani nie zawahała się wyjść z roli i pełnym oburzenia głosem zażądać, by usunięto dziecko z sali, ponieważ ją dekoncentruje. Później jeszcze wykazała wielką podejrzliwość wobec swoich widzów, posądzając ich o kradzież rekwizytu, który... bezpiecznie spoczywał w jej kieszeni.

 

Czasem sobie myślę, że producenci zabawek, wózków i innych akcesoriów mogliby myśleć o bezpieczeństwie dzieci i kreatywnym rozbudzaniu wyobraźni, a nie tylko o tym, jak wyciągnąć kasę z kieszeni rodziców. Wiele zabawek ogłupia, by nie powiedzieć dosadniej - odmóżdża, wieloma można sobie (lub innym) zrobić krzywdę. Niedawno poprosiłam w sklepie zabawkowym o cymbałki, a otrzymałam jakąś plastikową karykaturę wydającą elektroniczne dźwięki! Na szczęście sklep muzyczny przyszedł z pomocą. Znajomi kupili swojemu synowi wózek, na który nie żałowali pieniędzy. Po założeniu wkładu spacerówki okazało się, że całe siedzisko trzęsie się w posadach, przyprawiając matkę o zawroty głowy. Gdzie jest w tym wszystkim logika?


No i wreszcie same matki. Na ich temat można by długo i namiętnie, bo jak to już ktoś w jednym z qlturkowych felietonów zgrabnie ujął, dziecka szczęście zależy od tego, na jaką babę trafi. Święta racja! Rozmawiam więc z sąsiadką, która ma córkę w wieku mojego syna, więc przechodzimy przez podobne etapy rozwoju naszych dzieci. I co słyszę? Narzekania: „Wiesz, ona ciągle czegoś ode mnie chce... Mamo to, mamo tamto...!" nie pojawiają się jednorazowo, ale na każdym spotkaniu. Inna sąsiadka - nie pracuje, siedzi z dzieckiem w domu, o byt nie musi się martwić, bo mąż dobrze zarabia. Wydaje się, że taka kobieta ma dużo czasu. Jej syn już dawno temu skończył dwa lata, spytałam więc, dlaczego ciągle jeździ w wózku, a prawie w ogóle nie chodzi na spacery. Okazuje się, że to „za długo trwa", bo mały człowiek chce poznawać świat i co chwilę się przy czymś zatrzymuje, by z bliska się temu czemuś przyjrzeć. Nie można! Zakaz, bo matkę to męczy!

 

Mam ciocię, która pracuje w pogotowiu opiekuńczym. Na pewno nie jest to lekka praca, ale jednak z dziećmi. To nie ich wina, że wychowują się w takich, a nie innych warunkach. A ciocia nie mówi o nich inaczej niż „bachory" i widać po niej, że pracy ma serdecznie dosyć. I niestety, nawet takim miejscu, dzieci pozbawione ciepła rodzinnego nie mogą liczyć na jego „dostawę".

Hmm, to kto tak naprawdę lubi dzieci i chce ich dobra?


Agata Hołubowska 

 

 

drukuj powrót
poleć artykuł

Opinie

Liczba komentarzy: 7 Dodaj swój komentarz Pokaż wszystkie komentarze

"Z Qlturki" - taką odpowiedz słyszę najczęściej, gdy pytam gości, skąd dowiedzieli się o naszej kawiarni.

Malwina Kazimierczak, właścicielka FikuMikuCafé, mama 3-letniej Miki.

Lalusie