Parasol był czarny. Miał długą drewnianą rączkę i metalowy, lekko zardzewiały szpic. Dawno już stracił swą nieskazitelną czerń i miejscami, przy brzegach, był nieco wystrzępiony. Prawdę mówiąc, był już stary i bardzo samotny. Dawno temu właściciel zostawił go, a ściślej - porzucił, w dworcowej poczekalni. Leżał tam na parapecie, a pokrywająca go warstwa kurzu wciąż rosła. Potem pani z kasy zabrała go ze sobą, gdy niespodziewanie rozszalała się letnia ulewa. Zadowolony parasol mógł się wreszcie wykąpać i zmyć z siebie wielotygodniowy kurz, osłaniając jednocześnie panią z kasy przed deszczem. Robił to z nadzwyczajną starannością, mając cichą nadzieję, że znów będzie potrzebny i skończy się jego samotność.
- To takie miłe uczucie być potrzebnym - myślał, wypinając między drutami lekko już zniszczony czarny materiał.
Niestety, przysługa, którą oddał, była jednorazowa. W domu pani kasjerki stał wielki wiklinowy kosz pełen kolorowych parasoli. Piękna jasnozielona parasolka pani domu prezentowała się znakomicie obok nowego, błyszczącego czernią parasola pana domu. W koszu były też trzy dziecinne, małe parasolki mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Leżał tu także mały, granatowy, jak się okazało, zapasowy. Pożyczano go gościom albo zabierano na wszelki wypadek, bo był nieduży i mieścił się w torebce i w dużej kieszeni. Stary czarny parasol znów poczuł się samotny. I chociaż został życzliwie przyjęty przez mieszkańców wiklinowego kosza, to czuł się niepotrzebny i bezużyteczny. Wiedział, że jest stary i nieładny, ale przecież mimo tych wad ciągle jeszcze potrafił skutecznie obronić kogoś przed wiatrem i deszczem.
- Ach, jakbym chciał mieć kogoś, kto by mnie potrzebował - rozmyślał stojąc samotnie w deszczowe dni w wiklinowym koszu.
Marzenia samotnego parasola spełniły się nieoczekiwanie w pewien sierpniowy wieczór, zmieniając tym samym na zawsze jego smutne życie.
Tego właśnie dnia z wizytą zjawiła się pani Zuzanna, przyjaciółka i dawna koleżanka z pracy pani kasjerki. Była to starsza, niewysoka, obdarzona bujną, siwą czupryną pani. Miała wesołe usposobienie, co poznać można było po życzliwym uśmiechu i żartach, które opowiadała przy herbacie oraz miłym sposobie mówienia do wszystkich "kochaneczku".
Pani Zuzanna, poczęstowana ciastem i domową galaretką z wiśniami, spędziła tu miłe popołudnie. Szykowała się właśnie do wyjścia, gdy niespodziewanie lunął deszcz. Ulewa była co prawda bardzo mocna, ale trwała krótko. Po kilkunastu minutach deszcz już tylko lekko kapał. Pani Zuzanna przeczekała więc jeszcze kilka chwil i zdecydowała, że taki mały deszczyk jej nie zaszkodzi. Gospodyni zaproponowała pożyczenie gościnnego, granatowego parasola. Starsza pani przyjrzała się jednak uważnie zawartości wiklinowego kosza i zapytała, czy może wziąć ten czarny.
- Oczywiście - odpowiedziała gospodyni - on jest nam niepotrzebny.
Jakże nieprzyjemne dla starego, samotnego parasola były te słowa. Ale zagłuszyła je nadzieja, że może chociaż na krótką chwilę będzie komuś innemu przydatny.
- To chodź kochaneczku ze mną - powiedziała wesoło pani Zuzanna. I te słowa już na zawsze odmieniły życie czarnego parasola. Wyprężył nieużywany od dawna materiał, przylgnął mocno do dłoni starszej pani i z całych sił starał się osłonić ją przed słabnącym, niestety, deszczem. Samotny parasol czuł się szczęśliwy, bo był potrzebny. Marzył, by deszcz padał i padał...
- No cóż, nie mam szczęścia - pomyślał smutno parasol, gdy zobaczył, ze deszcz słabnie. Bardzo się jednak mylił. Pani Zuzanna postanowiła bowiem zatrzymać go na zawsze.
- Skoro nie jest potrzebny innym, to mnie przyda się na pewno - zadecydowała.
Kiedy na parasolu obeschły już ostatnie krople deszczu, zajęła się pracowicie jego stanem. Używając specjalnego płynu pozbyła się rdzy. Potem naprawiła wszystkie rozdarcia, a na koniec zrobiła mu kąpiel w pachnącej pianie. Po tych wszystkich zabiegach stary parasol wyglądał prawie jak nowy. Sam nie mógł uwierzyć w to, co widział, gdy pani Zuzanna postawiła go obok lustra, by wysechł.
- Jestem jeszcze całkiem ładny - myślał, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. I naprawdę był. Był też jeszcze całkiem sprawny i pani Zuzanna osłaniała się nim przed deszczem i wiatrem bardzo chętnie, bo był duży i solidny. Jego mocna rączka nie wyginała się przy byle jakim wiaterku.
Stary czarny parasol zaprzyjaźnił się z brązową, składaną, niewielką parasolką, której pani Zuzanna używała czasami, gdy zanosiło się na niewielki deszczyk. Oboje zajmowali zgodnie półkę nad lustrem. Gawędzili czasem o tym, jak im tu dobrze. Nie pokrywali się kurzem, bo starsza pani wycierała każde z nich co sobotę. Nie byli samotni, bo mieli nie tylko siebie, ale przede wszystkim kogoś, komu byli potrzebni. Tak więc stary, samotny parasol nie był już ani taki stary, ani samotny. I, w przeciwieństwie do pani Zuzanny lubił, gdy radiowa lub telewizyjna prognoza pogody zapowiadała deszcz i burze. - To będzie miły dzień - myślał wtedy, układając się na półce do snu. Dawno już zapomniał o swoim smutku i samotności, teraz był naprawdę bardzo szczęśliwy.
Minęło wiele lat. Kroki pani Zuzanny stały się wolniejsze i mniej pewne. Coraz trudniej było jej chodzić. I wtedy pomyślała o swoim wiernym przyjacielu. Czarny parasol był przecież solidny i miał mocną, długą rączkę. Mogła się więc na nim oprzeć, a to słowo dla parasola nabrało zupełnie nowego znaczenia. Był jej teraz potrzebny nie tylko w pochmurne, ale i słoneczne dni. Od tej pory stali się naprawdę nierozłączni.
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka to portal, w którym znajduję cały świat kulturalny Polski w pigułce - ciekawe i warte odwiedzenia z dziećmi miejsca, interesujące pozycje książkowe, a także zaskakująco proste i nowatorskie pomysły na zajęcia plastyczne dla przedszkolaków.
Marta Szczepańska, nauczycielka przedszkola
Jak informują dziś agencje newsowe „(...) prokuratura umorzyła sprawę podstawówki w Śledzianowie, gdzie dyrektorka kazała dzieciom klęczeć przed ścienną gazetką z religii. (...)