Kwiatek Antoni nie mógł zrozumieć, dlaczego słońce nie świeci zawsze. Właściwie odkąd się urodził, spotykały go same przykrości. Ledwo otworzył ślepka, a tu... pach! wielka kropla czegoś obrzydliwie mokrego spadła mu na głowę. Nawet nie miał siły się otrząsnąć. Był jeszcze zupełnie mały i wiotki, kiedy, nie pytając wcale o zdanie, postanowiono podeprzeć go tyczką. Teraz musiał już zawsze trzymać się prosto. Kiedy chciał pokiwać się w lewo, to zaraz łamało go w łodydze i chcąc nie chcąc wracał do pionu. W prawo, w przód, w tył - to samo. Tylko kiedy czasem zabłysło słońce, mógł piąć się pomału w górę. Dlatego tak bardzo tęsknił za ciepłymi promieniami.
Pewnego dnia, kiedy tak stał smutny i wyprostowany, tyczka przemówiła tubalnym głosem:
- Kwiatku Antoni, kwiatku Antoni... - Antoni poruszył się niepewnie i spróbował obejrzeć za siebie. Jednak gdy tylko lekko odwrócił głowę, poczuł trzeszczenie w szyi. Zrezygnowany spojrzał przed siebie na ciągle ten sam ogród, gdzie jabłonie rozrastały się bujnie jak baobaby.
- Czego chcesz? - zapytał trochę niegrzecznie, bo nie potrafił pogodzić się z obecnością tyczki za plecami.
- Spójrz na mnie! - poprosiła tyczka.
- Myślisz, że to takie proste?! Przecież stoisz za mną jak.. jak ta tyczka i przez ciebie nie mogę się ruszyć. Popatrz na te drzewa przed nami. Jakie są wspaniałe, wolne. Mogą sobie rosnąć, jak im się żywnie podoba. Nic ich nie ogranicza. A ja? Ja tu sterczę jak kołek i mogę spoglądać tylko w górę. - Antoni chciał zwiesić smutno główkę, ale zaraz strzyknęło go w karku. - Widzisz, nawet posmucić się porządnie nie mogę.
- Ale mój drogi, przecież to dla twojego dobra. Beze mnie byś się połamał. Wiatr by cię porwał, wiesz jaki on jest. Poza tym, co złego jest w pięciu się w górę? To chyba dobry kierunek, prawda?
- Ty tak myślisz, bo jesteś tyczką - burknął Antoni. - Jesteś tylko od tego, żeby wspierać takich nieszczęśników jak ja. Nie wiesz, jak to jest patrzeć, jak wiatr porusza liśćmi, jak gałęzie płyną we wszystkich kierunkach, jak trawa kładzie się w tę stronę, w którą tylko jej się zamarzy. Myślisz, że bym tak nie chciał? Pokiwać się leniwie we wszystkie strony świata? Jakie to musi być wspaniałe...
- Och, Antoni. Jesteś niepoprawny - skarciła go tyczka. - Wszyscy chcą dla ciebie jak najlepiej, a ty jeszcze narzekasz. Zrozum, gdyby nie ja, to już byś pewnie leżał połamany i do niczego nieprzydatny.
- Jesteś pewna? A co, gdyby mi się udało? Gdybym jednak rósł swobodnie i nabierał siły po swojemu? Ciągle o tym myślę. Jak by to było? Śnię często, że jest noc, wszyscy śpią, wszędzie jest pusto i cicho, a ja gapię się w niebo, liczę sobie gwiazdy i ciepły wiatr kołysze mnie do snu. Nic nie muszę i wszystko ode mnie zależy. Czy ty rozumiesz, czego mnie pozbawiono?!
Tyczka wyraźnie zmarkotniała i nie odezwała się już tego dnia ani słowem.
Zapadła noc, jednak KwiatekAntoni nie mógł zasnąć. Rozmowa z tyczką otworzyła świeże rany. Wiedział, że trzeba coś zmienić, ale zupełnie nie miał pomysłu jak. W jego sercu zebrała się gorycz. Dumał, stojąc nieruchomo, aż w końcu pojawiły się pierwsze promyki słońca i mógł się wreszcie trochę poruszać. Zawsze to kawałek w górę. W pewnej chwili ze zdumieniem zauważył, że tyczka sięga mu tylko do połowy łodygi. Tak mocno urósł! Czy to znaczy, że już jest duży?
- Tyczko! Tyczko! - zawołał. - Obudź się!
Tyczka sapnęła, chrząknęła pod nosem i półprzytomnym głosem bąknęła:
- Co tam, Antoni? Co się dzieje? Pali się, czy co?
- Musisz mi pomóc! Zobacz, ja już jestem duży i silny. Już nie potrzebuję żadnej tyczki! Poradzę sobie, widzisz? Mam wystarczająco silną łodygę i liście jakby grubsze. Już mnie nie boli głowa, kiedy pada deszcz. Rozumiesz?! Już mogę sam!
- Antoni, uspokój się - niechętnie odparła tyczka. - To trzeba przemyśleć. Tobie się może wydaje, że jesteś samodzielny, ale to trzeba zbadać, popatrzeć, poczekać.
- Na co mam czekać? Przecież ja tu uschnę, zwariuję! Chcę tańczyć tak, jak mi wiatr zawieje! Zlituj się, tyczko! Patrzę na jabłonie i wszystko mi w środku płacze. Jak tak dalej pójdzie, to dostanę obłędu i wtedy zobaczysz, jakie będziesz miała życie.
- Tylko mnie nie szantażuj. Jak uznam, że już czas, to sobie pójdę. Ani wcześniej, ani później, zrozumiano?!
- Wiesz co? - zagotował się Antoni. - Nie wiedziałem, że jesteś taka. Już nie będę z tobą gadał.
Antoni wymyślił sobie, że jak zamknie mocno oczy i w duszy będzie śpiewał piosenkę, to cały świat zniknie, a z nim ta wstrętna tyczka i on sam. A jak wróci, to już będzie dobrze. Piosenka brzmiała tak:
Mały kwiatku, smutny kwiatku
Nikt nie każe ci już czekać
Bo i na co? Czas ucieka!
Kolorowe łapiesz sny
Mały kwiatku, smutny kwiatku...
Kiedy otworzył oczy poczuł, jak coś rusza się za jego plecami. Myślał, że śni. Ale nie, to tyczka rytmicznie kiwała się w prawo i w lewo. Więzy wyraźnie się rozluźniły.
- Tyczko? Co się dzieje?
- A co ma się niby dziać? Przemyślałam sobie wszystko i stwierdziłam, że jak mam dalej żyć z takim Antonim marudą, to już chyba wolę sobie pójść. I niech się dzieje co chce.
- Naprawdę? Nie żartujesz sobie ze mnie? To cudownie! - Antoni wyrywał się w górę ile sił, wiercąc się przy tym niecierpliwie.
- Zaczekaj, spokojnie, bo się oboje połamiemy. Zaraz będziesz wolny.
I rzeczywiście, nie minęła chwila, gdy Antoni poczuł, że tyczka upadła na bok, a wraz z nią opadły wszystkie sznurki, którymi byli połączeni.
- Dziękuję ci - wyszeptał kwiatek i już miał wypróbować swoją nową przestrzeń, gdy nagle zauważył, że... nic się nie zmieniło! Stał prosto, tak jakby ciągle przez coś przytrzymywany i nie mógł się poruszyć. Postanowił nie poddawać się. Spróbował w lewo i aż syknął z bólu. W prawo, to samo. Zamknął mocno oczy, otworzył po chwili, ale wszystko zostało po staremu. Wtedy rozpłakał się jak dziecko. Nagle coś zaszumiało.
- Kwiatku Antoooooni, kwiatku Antoooooni...
Antoni otworzył niepewnie oczy i zobaczył te same rozłożyste jabłonie, którym tak zazdrościł. Wyraźnie skłaniały gałęzie w jego stronę, jakby chciały podać mu rękę.
- Czego chcecie? - zapytał pociągając nosem.
- Wzrastałeś przy nas i stałeś się nam bliski. Ze smutkiem patrzyłyśmy, jak musisz stać bez ruchu. Ale nie martw się, my też na początku mieliśmy za plecami tyczki. Tak czasami trzeba. I widzisz? Teraz jesteśmy piękne i rozłożyste. Ty też, kwiatuszku, nauczysz się tańczyć. O tak, powoli. Spróbuj.
I drzewa zaczęły się łagodnie kołysać. A Antoni? Najpierw patrzył i nie wierzył. Potem nieśmiało napiął łodygę i spróbował raz i drugi, aż w końcu jakby coś drgnęło i... zakołysał się cały. Otworzył ze zdumienia oczy i łzy popłynęły jedna po drugiej. Ale tym razem były to już ogromne łzy szczęścia.
A tyczka? Tyczka podniosła się, otrzepała z ziemi, zagwizdała pod nosem pieśń zwycięstwa i w podskokach udała się na ratunek kolejnemu maleństwu.
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka to portal, w którym znajduję cały świat kulturalny Polski w pigułce - ciekawe i warte odwiedzenia z dziećmi miejsca, interesujące pozycje książkowe, a także zaskakująco proste i nowatorskie pomysły na zajęcia plastyczne dla przedszkolaków.
Marta Szczepańska, nauczycielka przedszkola
Od czasu do czasu zdarza mi się zobaczyć, będąc w gościnie, jakiś pokój dziecięcy i jestem zaniepokojona, a może nawet zasmucona. Dookoła pełno zabawek, ładne mebelki, kolorowe (...)