Była sobie gruba książka z baśniami. W tej książce mieszkała królewna Gertruda, której nikt nie lubił. Codziennie już od rana w murach zamku rozlegały się narzekania i dąsy królewny:
- Płatki czekoladowe są niesmaczne - kaprysiła przy śniadaniu.
- Nie włożę tej czerwonej sukienki, nie pasuje do mojej kokardy - marudziła przy ubieraniu.
- Nie posprzątam po sobie zabawek. Od porządków są służące. - Potrząsała z gniewem główką pełną złotych loczków.
Nic dziwnego, że przezywano królewnę na dworze: Gertruda-Maruda. Wszyscy mieszkańcy zamku mieli tak dość ciągłych awantur, że chodzili ukradkiem na partyjkę warcabów do starego smoka Bazyliusza. Bazyliusz mieszkał w podziemiach i nie spotykał się z królewną, aż do pewnego popołudnia. Tego popołudnia znudzona Gertruda-Maruda postanowiła pobawić się w piwnicy. Zeszła krętymi schodami w dół i nagle stanęła oko w oko ze smokiem. Smok miał pomarszczony pysk, połatane czerwone skrzydła i wyliniałe łuski na ogonie.
- Ale ty jesteś nieładny! - zawołała na jego widok królewna.
- No - przyznał uczciwie smok - ale to nie przeszkadza dobrze mi się bawić.
- Nie? - zdziwiła się Gertruda. - A mnie nikt nie lubi. Pewnie dlatego, że jestem brzydka.
- Ty? - Bazyliusz otworzył szeroko czerwone oczy. - Jesteś najpiękniejszą dziewczynką, jaką widziałem.
- To dlaczego wszyscy mnie unikają?
- Hmm... opowiem ci pewną historyjkę ze swojego życia...
- Ale ja nie chcę słuchać o tobie, chcę słuchać o sobie. - Królewna tupnęła nóżką obutą w srebrny pantofelek.
- Posłuchaj, mała dziewczynko! - Smok niecierpliwie poruszył wielkim cielskiem, aż zafurkotały skrzydła i opadł kurz z sufitu. - I nie przerywaj mi. Ta opowieść dotyczy także ciebie.
- W takim razie, proszę bardzo - mogę wysłuchać - zgodziła się łaskawie.
- Dawno, dawno temu, gdy miałem sto lat, byłem bardzo smutnym, młodym smokiem - zaczął Bazyliusz opowieść. - Inne smoki potrafiły przepięknie ziać ogniem, strzelały przez zaciśnięte zęby płomiennymi pociskami, puszczały cudowne kółka z dymu przez nos. A ja? Z mojej paszczy wydobywał się co najwyżej żałosny ogieniek, którego nie przestraszyłby się nawet krasnoludek. Nic dziwnego, że nikt nie chciał się zadawać z taką niedorajdą. Latałem więc na drugą stronę Gór Kamiennych i tam całe dnie ćwiczyłem. Trenowałem latanie. O... przepadałem za szybkimi lotami pośród mięciutkich, białych obłoków. Żaden ptak nie mógł się ze mną zmierzyć.
- Miało być o mnie - niecierpliwie przypomniała królewna.
- Już, już. Gdy ukończyłem lat dwieście pięćdziesiąt, stała się rzecz straszna. Wstrętny troll porwał malutkie, dopiero co urodzone dziecko. Tym dzieckiem byłaś ty, Gertrudo.
- Mnie, mnie ktoś porwał? - Dziewczynka tak bardzo się zdziwiła, że otworzyła buzię i zapomniała ją zamknąć.
- Tak, ciebie. Nikt ci o tym dotąd nie mówił, żeby cię nie straszyć. Ale wracając do opowieści: kto żyw, rzucił się w pogoń za trollem. Ścigały go smoki, elfy, olbrzymy, wróżki, nawet krasnale, ale co w tym wypadku mogły zdziałać krasnale? Trudno jest dogonić trolla, bo one niewiarygodnie szybko biegają. Ja też wyruszyłem w pogoń, mimo że byłem stary, a ponieważ najszybciej latałem ze wszystkich smoków - poszczęściło mi się. Trzeciego dnia pościgu (a nawet spałem w locie) dostrzegłem z góry niemowlaka opatulonego kocykiem, leżącego na skale przed jaskinią trolla. Dookoła ciebie zgromadziły się już małe trolle z wielkimi włochatymi stopami. Ich tata przyniósł swoim dzieciom królewskiego potomka jako prezent - zabawkę.
- To straszne! - jęknęła Gertuda.
- Tak. - Smok kiwnął zieloną głową. - Trolle mają wyjątkowo paskudny charakter. Na szczęście spadłem jak kamień z góry, pochwyciłem cię i uniosłem w powietrze. Od tej pory wszyscy mnie polubili, król wręczył mi medal i zaproponował mieszkanie w zamku, a Marceli, mój najlepszy przyjaciel, nauczył mnie strzelać płomieniami. O, popatrz! - Tu Bazyliusz zionął ogniem, wypalając na suficie kilka czarnych plamek.
- Ach! - Królewna klasnęła w ręce. - Jak cudownie! Jeszcze! - I smok wypalił kilka nowych dziur w podłodze.
- No, dosyć tego, bo spalę całą piwnicę. - Bazyliusz w końcu przerwał zabawę.
- A co było ze mną? - dopytywała się królewna. - Nic mi się nie stało?
- Hmm... - Smok spuścił głowę, nagle zakłopotany. - Nie powiedziałem ci wszystkiego. Gdy zabierałem cię spod jaskini porywacza, troll rzucił na ciebie zaklęcie.
- Wiedziałam! - Dziewczynka pokiwała poważnie głową. - Wiedziałam! Przez to zaklęcie nikt mnie nie lubi. Bo jestem brzydka.
- Co ty opowiadasz?! - żachnął się Bazyliusz, aż zadrżały ściany. - Zaklęcie brzmiało: „Przeminiajtos w marudos!".
- A co to znaczy?
- Że już zawsze będziesz marudą: nic, tylko od rana do wieczora musisz marudzić, kaprysić, narzekać.
- I nie ma na to ratunku? - przeraziła się Gertruda-Maruda. - Ja tak nie chcę! Nie chcę być marudą! - I tupnęła nóżką w srebrnym pantofelku.
- Może i jest ratunek. Moja mama chrzestna, wróżka Adelajda, wyjawiła mi, co trzeba zrobić, żeby zaklęcie straciło swoją czarodziejską moc. Zdradziła mi przeciw-urok.
- Powiedz zaraz, powiedz! Proooszę cię, mój Bazyliuszku!
- Naprawdę chcesz to wiedzieć? - A gdy królewna gorliwie kiwnęła głową, smok pochylił się i wyszeptał do ucha dziewczynki tajemnicę.
- Hurrra! To wcale nie jest trudne! I naprawdę zaklęcie złego trolla straci moc?
- Wypróbuj przeciw-urok na mnie - smok zachęcił królewnę. Gertruda popatrzyła mu w oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. - I co, działa? - dopytywała się niecierpliwie.
- Jeszcze chwilunia, tylko uśmiechnij się radośniej. - A gdy królewna rozpromieniła się cała w uśmiechu, smok również wyszczerzył zębiska i stwierdził: - Czuję, że już cię lubię, Gerdzia, czyli... zaklęcie trolla straciło swoją moc!
- Super! - Królewna aż podskoczyła z radości, gubiąc swoje srebrne pantofelki. - Pobiegnę do rodziców wypróbować na nich przeciw-urok. I do moich koleżanek! Pa, pa, kochany smoku! Bardzo cię polubiłam.
- Hejka, Gerdzia! - smok podreptał chwilę w kółko, zwinął się w zielony kłębuszek i smacznie zasnął.
Zofia Staniszewska
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Dzieci są jedynymi uczestnikami kultury, którym kontakt ze złą sztuką może wyrządzić krzywdę. Ogromnie cenię Qlturkę za to, że pokazuje, co w sztuce dla najmłodszych dobre, ciekawe i warte uwagi. Nie wyobrażam sobie już sieci bez tego miejsca.
Alicja Morawska Rubczak, badacz i krytyk teatru dla dzieci, kuratorka małych Warszawskich Spotkań Teatralnych
To bardzo irytujące, kiedy ktoś ciągle zmienia zdanie. Pal licho, kiedy jest to ktoś zupełnie nam obojętny, z kim nie mamy wiele wspólnego – gorzej, kiedy brak konsekwencji (...)