Udostępnij

Jak smok Bazyliusz spotkał królewnę Gertrudę-Marudę

Dodano: 2008-10-30

Była sobie gruba książka z baśniami. W tej książce mieszkała królewna Ger­truda, której nikt nie lubił. Codziennie już od rana w murach zamku rozlegały się na­rzekania i dąsy królewny:

-   Płatki czekoladowe są niesmaczne - kaprysiła przy śniadaniu.

-   Nie włożę tej czerwonej sukienki, nie pasuje do mojej kokardy - marudziła przy ubieraniu.

-   Nie posprzątam po sobie zabawek. Od porządków są służące. - Potrząsała z gnie­wem główką pełną złotych loczków.

 

Nic dziwnego, że przezywano królewnę na dworze: Gertruda-Maruda. Wszyscy mieszkańcy zamku mieli tak dość ciągłych awantur, że chodzili ukradkiem na partyjkę war­cabów do starego smoka Bazyliusza. Bazyliusz mieszkał w podziemiach i nie spotykał się z królewną, aż do pewnego popołudnia. Tego popołudnia znudzona Gertruda-Maruda postanowiła pobawić się w piwnicy. Zeszła krętymi schodami w dół i nagle stanęła oko w oko ze smokiem. Smok miał pomarszczony pysk, połatane czerwone skrzydła i wyli­niałe łuski na ogonie.

 

-    Ale ty jesteś nieładny! - zawołała na jego widok królewna.

-    No - przyznał uczciwie smok - ale to nie przeszkadza dobrze mi się bawić.

-    Nie? - zdziwiła się Gertruda. - A mnie nikt nie lubi. Pewnie dlatego, że jestem brzydka.

-    Ty? - Bazyliusz otworzył szeroko czerwone oczy. - Jesteś najpiękniejszą dziew­czynką, jaką widziałem.

-    To dlaczego wszyscy mnie unikają?

-    Hmm... opowiem ci pewną historyjkę ze swojego życia...

-    Ale ja nie chcę słuchać o tobie, chcę słuchać o sobie. - Królewna tupnęła nóżką obutą w srebrny pantofelek.

-    Posłuchaj, mała dziewczynko! - Smok niecierpliwie poruszył wielkim ciel­skiem, aż zafurkotały skrzydła i opadł kurz z sufitu. - I nie przerywaj mi. Ta opowieść dotyczy także ciebie.

-    W takim razie, proszę bardzo - mogę wysłuchać - zgodziła się łaskawie.

-    Dawno, dawno temu, gdy miałem sto lat, byłem bardzo smutnym, młodym smo­kiem - zaczął Bazyliusz opowieść. - Inne smoki potrafiły przepięknie ziać ogniem, strzelały przez zaciśnięte zęby płomiennymi pociskami, puszczały cudowne kółka z dymu przez nos. A ja? Z mojej paszczy wydobywał się co najwyżej żałosny ogieniek, którego nie przestraszyłby się nawet krasnoludek. Nic dziwnego, że nikt nie chciał się zadawać z taką niedorajdą. Latałem więc na drugą stronę Gór Kamiennych i tam całe dnie ćwiczyłem. Trenowałem latanie. O... przepadałem za szybkimi lotami pośród mięciutkich, białych obłoków. Żaden ptak nie mógł się ze mną zmierzyć.

-    Miało być o mnie - niecierpliwie przypomniała królewna.

-    Już, już. Gdy ukończyłem lat dwieście pięćdziesiąt, stała się rzecz straszna. Wstrętny troll porwał malutkie, dopiero co urodzone dziecko. Tym dzieckiem byłaś ty, Ger­trudo.

-    Mnie, mnie ktoś porwał? - Dziewczynka tak bardzo się zdziwiła, że otworzyła bu­zię i zapomniała ją zamknąć.

-    Tak, ciebie. Nikt ci o tym dotąd nie mówił, żeby cię nie straszyć. Ale wracając do opo­wieści: kto żyw, rzucił się w pogoń za trollem. Ścigały go smoki, elfy, olbrzymy, wróżki, nawet krasnale, ale co w tym wypadku mogły zdziałać krasnale? Trudno jest dogonić trolla, bo one niewiarygodnie szybko biegają. Ja też wyruszyłem w pogoń, mimo że byłem stary, a ponieważ najszybciej latałem ze wszystkich smoków - poszczęściło mi się. Trzeciego dnia pościgu (a nawet spałem w locie) dostrzegłem z góry niemowlaka opatulonego kocykiem, leżącego na skale przed jaskinią trolla. Dookoła ciebie zgromadziły się już małe trolle z wielkimi włochatymi stopami. Ich tata przyniósł swoim dzieciom królewskiego potomka jako prezent - zabawkę.

-    To straszne! - jęknęła Gertuda.

-    Tak. - Smok kiwnął zieloną głową. - Trolle mają wyjątkowo paskudny charakter. Na szczęście spadłem jak kamień z góry, pochwyciłem cię i uniosłem w powietrze. Od tej pory wszyscy mnie polubili, król wręczył mi medal i zaproponował mieszkanie w zamku, a Marceli, mój najlepszy przyjaciel, nauczył mnie strzelać płomieniami. O, popatrz! - Tu Bazyliusz zionął ogniem, wypalając na suficie kilka czarnych plamek.

-    Ach! - Królewna klasnęła w ręce. - Jak cudownie! Jeszcze! - I smok wypalił kilka nowych dziur w podłodze.

-    No, dosyć tego, bo spalę całą piwnicę. - Bazyliusz w końcu przerwał zabawę.

-    A co było ze mną? - dopytywała się królewna. - Nic mi się nie stało?

-    Hmm... - Smok spuścił głowę, nagle zakłopotany. - Nie powiedziałem ci wszyst­kiego. Gdy zabierałem cię spod jaskini porywacza, troll rzucił na ciebie zaklęcie.

-    Wiedziałam! - Dziewczynka pokiwała poważnie głową. - Wiedziałam! Przez to za­klęcie nikt mnie nie lubi. Bo jestem brzydka.

-    Co ty opowiadasz?! - żachnął się Bazyliusz, aż zadrżały ściany. - Zaklęcie brzmiało: „Przeminiajtos w marudos!".

-    A co to znaczy?

-    Że już zawsze będziesz marudą: nic, tylko od rana do wieczora musisz maru­dzić, kaprysić, narzekać.

-    I nie ma na to ratunku? - przeraziła się Gertruda-Maruda. - Ja tak nie chcę! Nie chcę być marudą! - I tupnęła nóżką w srebrnym pantofelku.

-    Może i jest ratunek. Moja mama chrzestna, wróżka Adelajda, wyjawiła mi, co trzeba zrobić, żeby zaklęcie straciło swoją czarodziejską moc. Zdradziła mi przeciw-urok.

-    Powiedz zaraz, powiedz! Proooszę cię, mój Bazyliuszku!

-    Naprawdę chcesz to wiedzieć? - A gdy królewna gorliwie kiwnęła głową, smok pochylił się i wyszeptał do ucha dziewczynki tajemnicę.

-    Hurrra! To wcale nie jest trudne! I naprawdę zaklęcie złego trolla straci moc?

-    Wypróbuj przeciw-urok na mnie - smok zachęcił królewnę. Gertruda popa­trzyła mu w oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. - I co, działa? - dopytywała się niecier­pliwie.

-    Jeszcze chwilunia, tylko uśmiechnij się radośniej. - A gdy królewna rozpromieniła się cała w uśmiechu, smok również wyszczerzył zębiska i stwierdził: - Czuję, że już cię lubię, Gerdzia, czyli... zaklęcie trolla straciło swoją moc!

-    Super! - Królewna aż podskoczyła z radości, gubiąc swoje srebrne pantofelki. - Pobiegnę do rodziców wypróbować na nich przeciw-urok. I do moich koleżanek! Pa, pa, kochany smoku! Bardzo cię polubiłam.

-    Hejka, Gerdzia! - smok podreptał chwilę w kółko, zwinął się w zielony kłębu­szek i smacznie zasnął.

 

Zofia Staniszewska

 

drukuj powrót
poleć artykuł

Opinie

Liczba komentarzy: 0 Dodaj swój komentarz
Kiedy zacząć naukę? - czwarta część poradnika czytania dzieciom
Kiedy warto zacząć uczyć dzieci czytać? Jak oswajać je z książkami, zanim nauczą się czytać? Czy i dlaczego...
Wychowanie bez klapsa
Letnie niedzielne popołudnie na placu zabaw przepełnione było odgłosami roześmianych dzieci i słodkim zapac...
Wrodzone talenty - jak rozwijać, a nie tłumić
Już od najmłodszych lat możemy zaobserwować między dziećmi wyraźne różnice indywidualne. Dotyczą one szybko...
Ruch wspiera rozwój mowy
Wszyscy rodzice z niecierpliwością oczekują pierwszych słów swojego dziecka. Ochoczo mu w tym pomagają, opo...

Dzieci są jedynymi uczestnikami kultury, którym kontakt ze złą sztuką może wyrządzić krzywdę. Ogromnie cenię Qlturkę za to, że pokazuje, co w sztuce dla najmłodszych dobre, ciekawe i warte uwagi. Nie wyobrażam sobie już sieci bez tego miejsca.

Alicja Morawska Rubczak, badacz i krytyk teatru dla dzieci, kuratorka małych Warszawskich Spotkań Teatralnych

Konkurs 'Dzień Kota'