Nie uwierzę, jeśli ktoś z was powie, że jej nie zna. Żeby ją spotkać, wystarczy zajrzeć do mysiej dziury. Ona na pewno tam będzie.
Jest drobniutka, cichutka i skromniutka. Ma szare futerko, malutkie, ostre ząbki i sporo obowiązków. Myszka sprząta, gotuje, piecze. Wychowuje mysią gromadkę. I dba o męża, by się dobrze odżywiał oraz odpowiednio wyglądał. W końcu burmistrz Myszkowic Wielkich nie może chodzić do pracy w pomiętym garniturze lub nieświeżej koszuli. I krawat też musi mieć idealnie dobrany, a niestety Myszkowy małżonek nie może pochwalić się dobrym gustem. Gdyby Myszka nie przygotowała mu wcześniej stroju do urzędu, mógłby wyjść z domu w marynarce w kratkę i koszuli w paski albo ubrać się w bluzę od dresu z nazwą klubu piłkarskiego na plecach.
Sprzątanie, pieczenie, gotowanie, dbanie o Myszora i myszątka było dla Myszki najważniejsze.
- Myszulko, zadbaj o siebie! Kiedyś chciałaś studiować historię sztuki i myszkować po muzealnych salach. A teraz tylko siedzisz w domu i świata nie poznajesz! - mówiła przyjaciółka Myszki, gdy wpadała do niej na drobny poczęstunek. W jednej łapce trzymała pyszną kulkę z serowych okruszków, drugą wymachiwała w powietrzu. Specjalnie, by Myszka mogła zobaczyła jej wypielęgnowane pazurki.
- Może zapiszesz się do Klubu Postępowych Żon i Matek? - pytała Myszkę podczas niedzielnego obiadu inna przyjaciółka. Rozglądała się przy tym na boki, bo nie chciała, by usłyszał ją któryś z Myszorów. Jednak oni byli zajęci smakowaniem musującego napoju z poziomek. No i dyskusją o konieczności rządzenia silną łapką.
- A po co mi to? Teraz muszę przygotować córeczkę Myszeczkę do egzaminów do szkoły baletowej, pomóc synkowi Myszkowi zrobić latawiec z puchu dmuchawca i upiec babeczki z nadzieniem trawkowym dla najmłodszej pociechy. Zbliżają się jej urodziny - Myszka wyjaśniła zaprzyjaźnionej myszy.
Pewnie do dzisiaj Myszka zajmowałaby się wyłącznie domem, gdyby któregoś dnia nie musiała przejść się do sklepu z towarami luksusowymi, takich leśnych delikatesów o nazwie „Ekstrasmak". Myszor postanowił bowiem urządzić przyjęcie dla swoich kolegów.
- Myszko, tak chciałbym przed nimi błysnąć - powiedział pewnego wieczoru. - Jeden jest znanym lekarzem, drugi wymyślił system alarmowy, ostrzegający przed pułapkami na myszy, a trzeci na całym świecie handluje ciasteczkami z ziaren. Dorobił się na tym wielkiego majątku! - dodał.
Myszka wymyśliła, że gościom poda miedzy innymi budyń z kaszki kukurydzianej z musem z orzechów laskowych. Najświeższe i najsmaczniejsze orzechy z różnych stron świata sprzedawano w „Ekstrasmaku". Gdy Myszor wyszedł do pracy, a Myszeczki i Myszkowie do szkoły, Myszka wyruszyła do sklepu. Wzięła torbę na kółkach, z kolorowymi i świecącymi nadrukami. Mąż przywiózł jej taki prezent aż z Paryża, ze zjazdu mysich burmistrzów i prezydentów z całej Europy. Powiedział, że to marzenie myszek z różnych stron świata, zaprojektowane przez Luisia jakiegoś tam. Niestety, nazwisko wypadło Myszce z pamięci.
Mysia żona i mama pomyślała, że skoro wychodzi z mysiej dziury, powinna wyglądać elegancko. Włożyła więc pantofle na obcasach. Przeszła tylko dwa kroki i już łapki zaczęły się jej wykręcać. „Och! Jak można chodzić w czymś takim! Najwygodniejsze są klapeczki sprzed trzech lat. I co z tego, że moje dzieci nazywają je babciowatymi?", powiedziała do siebie i zmieniła buty. Gdy wyszła z domu, odetchnęła głęboko. „Ależ piękna pogoda! I świat taki uroczy. Słońce świeci, liście mienią się kolorami, lisy wyjechały na konferencję o zdrowym odżywianiu", zachwycała się.
Myszka toczyła swoją torbę na kółkach, w myślach wychwalając Myszora, bo to dzięki jego staraniom drogę ubito, wygładzono i przechadzki do sklepów stały się przyjemnością. Jednak tym razem szło się inaczej. Na początku Myszka nie wiedziała dlaczego. Po prawej stronie - jak zawsze - znajdowała się posiadłość Doktora Myszomora, właściciela firmy produkującej leki. Na dębie wciąż mieszkała Sowa Alemowa, a tuż za krzakami malin nadal był żłobek dla leśnych maleństw. Niby nic się nie zmieniło. A jednak... Myszka rozglądała się uważnie, zastanawiała, przystawała. W końcu, gdy już była blisko delikatesów „Ekstrasmak", odkryła: „To zapach. To on nie daje mi spokoju. Kręci w nosi, do czegoś zachęca".
Myszka z energią wkroczyła do „Ekstrasmaku". Drzwi przed nią rozsunęły się bezszelestnie, a ona krzyknęła:
- Dzień dobry. Pogodę mamy doskonałą!
- Witamy panią burmistrzową. Tak, dzień piękny - powiedziała zza lady Ropucha Mądrucha.
Myszka pochyliła się nad regałem, bo chciała włożyć do koszyka makaron ryżowy. I wtedy, jeszcze silniej niż podczas drogi do sklepu, poczuła ten zapach. Ten! Wydawało się jej, że pachniało brzoskwiniami. Dojrzałymi i soczystymi, które jadła podczas podróży poślubnej z Myszorem. Za chwilkę wyczuła delikatny, odrobinkę wiercący w nosie zapach szampana. Takiego, którego próbowali w Paryżu, gdy jeszcze na świecie nie było ich dzieci. Potem zachwyciły ją truskawki. Gdzieś za regałem pachniało tak, jakby ktoś zostawił tam koszyk pełen świeżo zerwanych owoców. „Karmił mnie nimi Myszorek, gdy zaczęliśmy się spotykać", przypomniała sobie Myszka. „A truskawkowy smak miał mój pierwszy w życiu błyszczyk, który dostałam od starszego brata", przyszło jej do łepka po chwili.
Gdy Myszka zajrzała za regał, zdążyła zobaczyć tylko kawałek czerwonego płaszczyka. Mysz, całkiem podobna do niej, lecz elegancka, wystrojona i pachnąca, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Za to cudowny zapach pozostał. Jednak mocno pachniało już w innym miejscu delikatesów. Tuż za kredensem z orzechami z różnych zakątków świata i domowymi konfiturami, które sprowadzała z Włoch Ropucha Mądrucha.
Myszka pobiegła tam i zajrzała najpierw za, a potem pod kredens.
- A kuku! Myśko Pyśko! - cienkim głosikiem odezwała się mysz elegantka. Położyła się na blacie kredensu wśród różnych słoików i słoiczków z owocami w syropie. Leżała na boku, jedną łapką się podparła. A w drugiej trzymała wachlarz z kolorowych piórek.
- Taka dama, a tak się wygłupia! - powiedziała oburzona Myszka Burmistrzowa.
- Ależ ja się nie wygłupiam. Po prostu leżę i pachnę - stwierdziła mysz w czerwonym. Poruszyła przy tym wachlarzem i jedno piórko spadło tuż pod łapki Myszki. Pochyliła się nad nim, gdy niespodziewanie rozległ się krzyk:
- Czarodziejko Mącicielko! Wracaj tam, skąd przyszłaś! Idź pachnieć do domu Doktora Myszomora. Tam prawie codziennie przyjęcia wyprawiają.
Tak Ropucha Mądrucha krzyczała na pachnącą elegantkę. Zdenerwowała się i nawet parę razy tupnęła.
Mysia dama poderwała się z blatu i urażona powiedziała:
- W takim razie idę pachnieć gdzie indziej. Do widzenia! - Machnęła łapką najpierw w stronę Myszki, a potem tym gestem pożegnała ropuchę. I po prostu rozpłynęła się w powietrzu.
- Kto to był? Mam jakieś problemy ze wzrokiem? Może w mojej diecie jest za mało witamin? - spytała Myszka Mądruchę.
- Ależ skąd, droga pani burmistrzowo! Kłopoty ze wzrokiem? W pani wieku? To mysia strojnisia, która czaruje i miesza. I to nie tylko zioła w garnku nad paleniskiem. Już namieszała u wiewiórek, dzięcioła i mrówek.
- Ach! - wyrwało się Myszce, która nie całkiem pojęła słowa ropuchy. Ponieważ zrobiła już zakupy, mogła wracać do domu. Jednak i w mysiej dziurze zapach Czarodziejki Mącicielki nie dawał jej spokoju. Czuła go wszędzie. W sypialni, w kuchni i w toalecie. Nawet w spiżarni. „Co się ze mną dzieje?", zastanawiała się.
Gdy gotowała w kuchni kaszkę kukurydzianą, jednocześnie odrabiając lekcje z dziećmi i parząc ziółka dla Myszora, poczuła zapach egzotycznych kwiatów i lukru, którym zazwyczaj zdobiła pączki i babę wielkanocną. Nagle zapragnęła bawić się na balu, tańczyć walca i tango. No i jeść wykwintne przekąski bez obaw, że przytyje.
Podczas prasowania wyczuła morskie fale. Akurat spryskiwała wodą lniany obrus. Jakieś oporne fałdki nie chciały się wygładzić. Poleciały krople z żelazka, a niesamowicie rześka woń oczarowała Myszkę. Zobaczyła siebie na pokładzie wspaniałego pasażerskiego statku. Opalała się na leżaku. Miała na sobie turkusowy kostium kąpielowy, a w łapce trzymała szklankę z koktajlem owocowym. Ach, żyć nie umierać!
- Mamo, wyprasujesz mi fartuszek na zajęcia z gospodarstwa domowego? - głos córki sprowadził Myszkę na ziemię.
- Momencik, córuś. Tylko skończę z tym obrusem - odpowiedziała. I stało się coś dziwnego. Myszka odniosła wrażenie, że to nie ona wypowiedziała te słowa. Bo przecież pomyślała, „Córko, a nie możesz tego zrobić sama? Potrafisz posługiwać się żelazkiem. Z makijażem na randki sobie radzisz, a od prasowania uciekasz?" Zaraz za tą myślą pojawił się krzyk:
- A co? Łapek nie masz? Czasem któreś z was mogłoby coś zrobić w tej mysiej dziurze!
Córka Myszki z wrażenia usiadła na taborecie z żołędzi. Fartuszek wypadł jej z łapek, a futerko się zjeżyło. „Co to było? Ktoś nam mamę zamienił! Nasza nigdy nie krzyczy. Nie krzyczała nawet wtedy, gdy mój najmłodszy brat utopił jej obrączkę w soku jeżynowym. I nie podniosła głosu na tatę, gdy podarował swojej sekretarce bukiecik konwalii."
Ale nie było wyjścia. Najstarsza pociecha Myszki i Myszora musiała sama wyprasować fartuszek. Nawet Myszor samodzielnie odgrzewał sobie obiad, bo jego żona zaglądała w każdy kąt mysiej dziury, szukając źródła wspaniałego zapachu. Tropiła go w szufladach, pudełkach, kuferkach. Pod łóżkami i pod stołem. W szafie i na półkach. W końcu zrezygnowana usiadła na chwilę i wsadziła łapkę do kieszeni spodni od dresu, w których chodziła po mysiej dziurze. Coś ją delikatnie załaskotało. Było to piórko z wachlarza Czarodziejki Mącicielki. Myszka zupełnie zapomniała, gdzie je schowała po przyjściu do domu.
Gdy Myszka wąchała kolorowe piórko, czuła się myszą salonową. Żadną tam polną czy domową. Poprosiła skrzata Nochala, leśną złotą rączkę, żeby zrobił z piórka wisiorek. Zawiesiła taką ozdobę na łańcuszku i wszystkim prezentowała ją z dumą. Bo Myszka zaczęła bywać. To tu, to tam. Poszła na przyjęcie urodzinowe do żony Doktora Myszomora. A dzieci zamówiły wtedy pizzę z restauracji „Leśne jadło". Przy przyrządzaniu posiłków zaczęło pomagać jej potomstwo. I co z tego, że córki kiedyś odrobinę przesoliły sos do sałatki, a synowie nasypali za dużo cukru do polewy żurawinowej. Mama zaczęła mieć czas dla siebie. Mogła wtedy polerować pazurki w salonie kosmetycznym „Urodziwy zwierz". Myszka wygląda teraz tak, że jej mąż nawet nie pomyśli o tym, by jakiejś innej mysiej damie podarować bez okazji bukiet kwiatów.
Agnieszka Urbańska
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Nareszcie portal na świetnym poziomie, który z radością odwiedzam razem z dzieckiem. Pomysły na wspólne spędzanie czasu - nie tylko poza domem, ale także przy ciekawej książce czy muzyce. Gorąco polecam.
Joanna Dark, piosenkarka, mama ośmiolatka
To ja. Następna moja nieuczesana kaskada liter. Na temat? To może później. Właściwie samo wyjdzie jak to się mówi: "w praniu". Zacznę może od początku. Najpierw był (...)