Wyobraźcie sobie, że jest takie miejsce na świecie, w którym kanarki mieszkają nie w klatkach, a na wolności. Są tam kanarkowe miasta, kanarkowe wsie, a nawet morze w kolorze nie turkusowym, lecz kanarkowym. I właśnie tam, w domu z tarasem i ogródkiem, żył sobie kanarek o imieniu Kollo. Powinien być zadowolony ze swojego życia, a jednak nie był szczęśliwy.
Choć kwiaty wokół niego pachniały wspaniale, na śniadanie pił nektar z brzoskwini i nie zagrażały mu dzikie zwierzęta, bo w kanarkowej krainie nie ma drapieżników, nie cieszył się z każdego dnia. Wszystko dlatego, że Kollo był sam. A marzył o damie serca, tej jedynej, której by nucił najpiękniejsze melodie świata. I śpiewak operowy z Hiszpanii, i piosenkarz z gitarą, stojący na wielkiej scenie gdzieś w Ameryce, mogliby się przy nim schować do mysiej dziury.
„Gdzie znaleźć moją kanarkową?", codziennie zastanawiał się Kollo. Nawet dał ogłoszenie do gazety: „Kollo, kanarek w wieku dojrzałym, poważny, solidny i przystojny pozna i poślubi panią ładną, miłą, elegancką. Gotować nie musi, bo najchętniej jadam w restauracjach".
Niestety, nie doczekał się odpowiedzi nasz kanarek. Gdy pewnego dnia podlewał rośliny na tarasie, nagle mignęło mu przed oczyma coś czerwonego. Myślicie, że to była biedronka, truskawka na śmiesznych, cienkich nóżkach albo piłka plażowa? Kollo wybiegł z domu i pobiegł w tamtą. Coś czerwonego znikało już za rogiem domu. Wiecie, co to było? Jeśli nie, już wam mówię! To była parasolka, która miała chronić przed słońcem. Parasolka jak parasolka, ale kto ją niósł! Kanarkowa - śliczna jak z obrazka. Oczka jak paciorki, dzióbek malutki i zgrabniutki, piórka soczyście kolorowe i lśniące w słońcu niczym złoto.
Kollo zaprosił śliczną kanarkową pannę do kawiarni na lody sezamowe z owocami. Zaproszenie przyjęła, ale kawaler nie zrobił na niej większego wrażenia. Siedział napuszony i sztywny. Bał się, żeby gwałtowniejszym ruchem nie zniszczyć sobie fryzury, nad którą pracował pół dnia. Wyczesał sobie czuprynkę do góry, wysmarował starannie błyszczącym żelem i wysypał na nią pudełeczko brokatu, jakiego używają panie w noc sylwestrową. Panna, o imieniu Tulla, chciała pożartować razem z Kollo, pofruwać z nim nad fontanną w rynku, chlapać się chłodną wodą, zanurzyć dzióbek w pucharku z bitą śmietaną. A ten siedział napuszony i ukradkiem przeglądał się w malutkim lusterku.
Nic więc dziwnego, że Tulla nie chciała umówić się z Kollo na następne spotkanie. On jednak tak ją prosił, że w końcu się zgodziła. Dostała od niego pudełeczko nasion w czekoladzie i bukiecik stokrotek. Gdy podawał jej słodycze i kwiatki, też był okropnie sztywny. Jakby go ktoś związał sznurkiem. A Kollo po prostu miał na sobie tak dopasowany garniturek, że schylenie się sprawiało mu kłopot. Uważał, że w takim ubranku prezentuje się najlepiej.
Kollo i Tulla poszli wtedy na spacer do parku. Już wracali i wtedy zaatakowała ich banda wściekłych kanarków, które rzuciły się na stokrotki i paczuszkę z nasionami w czekoladzie. Kollo natychmiast zapomniał o elegancji. Jednego napastnika uderzył skrzydełkiem, drugiemu wyrwał sporo piórek, a trzeciego tak trzepnął dzióbkiem w brzuch, że ten podskoczył w górę niczym akrobata w cyrku.
Zachowanie Kollo ogromnie spodobało się Tulli i od tamtej pory spotykała się z nim chętnie, a każdy wspólny spacer albo deserek w kawiarni były dla niej świętem. I tak jest do dziś, choć kanarki dochowały się już wnucząt.
Agnieszka Urbańska
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka to portal, w którym znajduję cały świat kulturalny Polski w pigułce - ciekawe i warte odwiedzenia z dziećmi miejsca, interesujące pozycje książkowe, a także zaskakująco proste i nowatorskie pomysły na zajęcia plastyczne dla przedszkolaków.
Marta Szczepańska, nauczycielka przedszkola
Jeśli w nazwie ośrodka jest zawarte, że jest międzynarodowym albo jego wagę podkreśla słowo „centrum" lub „instytut" to i tak nie trzeba mieć złudzeń. Oczywiście (...)