Wielki żółty autobus czekał na nas na warszawskiej Woli. W jedną z ostatnich sobót tej jesieni odwiedziliśmy nim Instytut Chemii Fizycznej, restaurację Zapiecek i Muzeum Etnograficzne.

Tatobus - bo tak nazywa się ta żółta maszyna rodem z amerykańskich filmów rodzinnych - to nowy pomysł firmy Tatostrefa, specjalizującej się w wożeniu to tu, to tam, tatusiów z dziećmi. Tym razem zrobiliśmy jednodniową rundkę po Warszawie.
Przystanek naukowy
Mnie najbardziej podobało się wbijanie gwoździ bananem. Tak, tak - jest to możliwe, jeśli owoc odpowiednio długo poleży w ciekłym azocie i zamarznie na kamień. Z kolei Iga i Ada jednogłośnie uznały, że najfajniejsze były lody - oczywiście także zamrożone ciekłym azotem (na szczęście nie na kamień). Poza tym w Instytucie Chemii Fizycznej PAN, gdzie miał miejsce pierwszy przystanek Tatobusa, bawiliśmy się suchym lodem (czyli zestalonym dwutlenkiem węgla o temperaturze - 78 stopni Celsjusza), mieszaliśmy kwasy i zasady, uzyskując piękne kolory, popiskiwaliśmy po wdychaniu helu i podziwialiśmy fluorescencyjne obrazki w ultrafiolecie. Dziewczyny były zadowolone, choć nie wszystkie te „cuda" były dla nich w pełni zrozumiałe.

Przystanek kulinarny
Nie podejmuję się oceny jakości pierogów serwowanych tego dnia w restauracji Zapiecek. A to dlatego, że sami byliśmy ich twórcami. Po zajechaniu Tatobusem na warszawską Starówkę trafiliśmy bowiem do Zapiecka, gdzie na dzieci - i tatusiów - zamiast karty dań czekały mąka, ciasto i wałek. Lepiliśmy, wałkowaliśmy, a Ada miała mąkę nawet we włosach. Kulinarny sprawdzian nie wypadł najlepiej - pierogi naszej roboty były niekształtne, często dziurawe, a na dodatek posklejały się w wielką kluchę. Najważniejsze jednak, że zabawa z ich lepieniem była świetna, a efekt - choć niepiękny - całkiem smaczny. Do tego świetny rosół i wycieczka po Starówce w celu spalenia pierożków.

Przystanek muzealny
Na koniec odwiedziliśmy Muzeum Etnograficzne, a dokładniej - salę afrykańską. Choć zbiory tam zgromadzone nie są najbogatsze, panie prowadzące warsztaty dla dzieciaków dały radę. Dzieci wciągnęły się więc w opowieści o Nilu, czarownikach, Masajach, Pigmejach, sawannie i puszczy równikowej, a tatusiowie mogli w tym czasie odpocząć, siedząc - po afrykańsku - na poduszeczkach na podłodze. Wielkim finałem była produkcja bębenków i masek oraz oczywiście... wspólne zdjęcie.

Potem jeszcze tylko szybki przejazd Tatobusem do punktu startu, parę piosenek i... tak minęła nam ta sympatyczna sobota.

Łukasz Świerżewski
fot. Karina Iwanek (www.tatostrefa.pl)
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |



Qlturka.pl jest doskonałym źródłem wiedzy o wydarzeniach kulturalnych, polecanych książkach; skarbnicą mądrych pomysłów na upominki dla moich siostrzenic.
Edyta Sudoł, specjalista PR
Poranek. Na gdańskich ulicach tłok. Samochody leniwie przesuwają się do przodu. Tu ktoś zastawi przejście dla pieszych, tam wymusi pierwszeństwo, a jeszcze gdzie indziej kierowca wymownie (...)