Przeczytałem wywiad z doktor Małgorzatą Cackowską i westchnąłem. Westchnąłem nawet dwa razy. Pierwszy raz westchnąłem, gdyż to, co mówi pani doktor na temat stanu edukacji estetycznej w naszym kraju jest „boleśnie bolesne" i „prawdziwie prawdziwe". Ma pani doktor „słuszną rację". Aż chciałoby się, żeby teraz jakieś czynniki odpowiedzialne (czy w naszym kraju są czynniki za cokolwiek odpowiedzialne?) wzięły sobie to wszystko do serca i podjęły skuteczne i natychmiastowe działania (czy w naszym kraju są możliwe skuteczne działania?).
Ale dlaczego westchnąłem po raz drugi? Żeby do tego dojść, musiałem jeszcze raz przeczytać wywiad. Przeczytałem zatem i doszedłem. Chodzi o odpowiedź, jakiej pani Małgorzata udzieliła na pytanie dotyczące cenionych przez nią polskich pisarzy i ilustratorów. Ilustratorzy jeszcze się jakoś obronili (padają nazwiska Wilkonia i Ekier), za to z pisarzami gorzej. Pani profesor stwierdza - cytuję: „Nie mam ulubionych polskich autorów", po czym przechodzi do zachwalania Annie M.G. Schmidt i innych obcokrajowców.
Nie, żebym się chciał jakoś patriotycznie zacietrzewiać, w końcu to jest wywiad i pani doktor ma prawo mówić o swych osobistych preferencjach, ale z drugiej strony... wyrwało mi się westchnienie. No bo po kim jak po kim, ale po osobie zajmującej się zawodowo „społecznymi i kulturowymi aspektami edukacji" spodziewałbym się innej odpowiedzi. Krótko mówiąc, uważam, że pani doktor strzeliła do naszej wspólnej bramki okropnego samobója. Nie dość, że w tak zwanej „świadomości społecznej" polska literatura dla dzieci jest cały czas uważana za rodzaj twórczości podrzędnej i niegodnej nagrody Nike (ani w ogóle żadnej nagrody wyższej niż 15 tysiaków), to jeszcze okazuje się, ze autorytety to potwierdzają.
Pani doktor, pragnę zaprotestować. Polska literatura dla dzieci dorobiła się swoich mistrzów i swoich arcydzieł, a jeśli owi mistrzowie i arcydzieła nie są powszechnie uważani na świecie, to tylko i wyłącznie z powodu słynnej polskiej dupowatości w promowaniu rodzimych osiągnięć. Skoro nawet facet od światłowodów nie znalazł uznania w kraju, to co dopiero mówić o autorach „jakichś tam" wierszyków czy książeczek dla maluchów?
Tymczasem dzieło Janusza Korczaka reprezentuje poziom niedostępny dla większości Szwedów i Anglików. Dzieło Kornela Makuszyńskiego też. Tuwim i Brzechwa, których wspomina pani Małgorzata pod koniec wywiadu - giganci, tyle że nieprzetłumaczalni. Żyjących nie będę wymieniał, żeby nie być posądzonym, ale kilka nazwisk świeci obecnie bardzo mocnym blaskiem. Czy naprawdę nic pani profesor nie znajduje tu dla siebie?
Zgadzam się, że „u nas dominującym stylem jest (styl) poprawny", jak to pani doktor delikatnie ujęła. Ale to nie wina pisarzy, to wina wydawców, którzy robią w gacie, kiedy im dostarczyć coś nieco bardziej rubasznego. Mimo to perełki się zdarzają. Wystarczy poszukać - o co ośmielam się panią doktor poprosić. Budujmy razem prestiż polskiej literatury dla dzieci, bo Szwedzi i Anglicy nie zrobią tego za nas.
Rafał Witek
| drukuj | powrót |
| poleć artykuł |
Cieszy mnie, że istnieje portal traktujący dzieci na tyle poważnie, żeby proponować im prawdziwą kulturę na wysokim poziomie. Qlturka.pl kreuje kulturalny smak najmłodszych, jednocześnie szanując ich wrażliwość.
Martyna Samecka, mama Fruzi, ilustratorka-amatorka
Na początek cytat z dzisiejszej prasy: „1,8 mln Polaków poniżej 19. roku życia cierpi z powodu ubóstwa. W naszym kraju - według raportu OECD - na dzieci wydaje się najmniej (...)